Category: Celebrities

  • Sabalenka zaskoczona przez rywalkę, decydował trzeci set. I ten uśmiech na twarzy Polki

    Sabalenka zaskoczona przez rywalkę, decydował trzeci set. I ten uśmiech na twarzy Polki

    Sabalenka zaskoczona przez rywalkę, decydował trzeci set. I ten uśmiech na twarzy Polki

    Rozpoczął się kolejny dzień zmagań na turnieju rangi WTA 1000 w Madrycie. Już w pierwszym niedzielnym meczu na obiekcie Manolo Santana Stadium zagościła Aryna Sabalenka. Tenisistka z Mińska zmierzyła się ze swoją dawną deblową partnerką – Elise Mertens. W pierwszym secie Białorusinka została zaskoczona przez rywalkę. Miała piłkę na 3:0, a mimo to przegrała partię. Później liderka rankingu zdołała jednak opanować sytuację. Po dwóch godzinach sędziująca ten pojedynek Marta Mrozińska orzekła zwycięstwo Aryny 3:6, 6:2, 6:1.

     

    Aryna Sabalenka, triumfatorka Mutua Madrid Open z 2021 i 2023 roku oraz finalistka z ubiegłego sezonu, rozpoczęła tegoroczną edycję zmagań w Madrycie od spotkania z Anną Blinkową. Białorusinka nie miała łatwego życia w starciu z Rosjanką. Musiała się sporo natrudzić, zwłaszcza od stanu 5:0 w pierwszym secie. Przewaga tenisistki z Mińska nagle zaczęła topnieć i mecz znacznie się zacieśnił. Ostatecznie liderka rankingu WTA triumfowała 6:3, 6:4.

     

    Dzisiaj 26-latka rozgrywała swój pojedynek w ramach trzeciej rundy. Jej przeciwniczką okazała się Elise Mertens. Obie zmierzyły się ze sobą osiem dni temu w Stuttgarcie. Wówczas stawką batalii był awans do półfinału imprezy rangi WTA 500. Po drobnych problemach w początkowej fazie rywalizacji, Białorusinka zgarnęła 9 z 10 ostatnich gemów i ostatecznie triumfowała 6:4, 6:1, podwyższając bilans bezpośrednich starć do wyniku 9-2. Niedzielne, już dwunaste spotkanie pomiędzy Sabalenką i Mertens miała okazję sędziować Marta Mrozińska. Przed rozpoczęciem spotkania realizator transmisji wyłapał uśmiechniętą panią arbiter z Polski.

     

    WTA Madryt: Zaskakujący zwrot akcji w pierwszym secie meczu Sabalenka – Mertens

     

    Mecz rozpoczął się od serwisu Sabalenki. Białorusinka bardzo dobrze zainaugurowała pojedynek. Najpierw pewnie utrzymała swoje podanie, a później przełamała rywalkę do zera. Aryna wygrała w sumie 10 z 11 akcji na starcie. Mertens weszła tak naprawdę do gry dopiero przy stanie 2:0 30-0 z perspektywy liderki rankingu. Wówczas Belgijka posłała kilka dobrych returnów i doprowadziła do break pointa. Wydawało się, że dwukrotna triumfatorka Mutua Madrid Open w singlu opanuje sytuację, miała piłkę na 3:0. Ostatecznie to rozdanie trafiło na konto Elise.

     

    Gra Sabalenki nagle się rozsypała, popełniała sporo niewymuszonych błędów. A Mertens weszła na wyższe obroty i prezentowała się bardzo solidnie. Zawiązała się kapitalna seria z perspektywy 26. rakiety świata. Wygrała w sumie… cztery gemy z rzędu. Podczas szóstego rozdania mogliśmy zobaczyć oznaki frustracji na twarzy Aryny. Dogoniła rywalkę ze stanu 0-40, ale potem popełniła kilka błędów, które pozwoliły Elise potwierdzić przewagę przełamania. Białorusinka próbowała odrobić straty, w trakcie ósmego gema prowadziła 30-0 przy serwisie przeciwniczki. Od tego momentu tenisistka z Mińska przegrała jednak osiem kolejnych akcji. Przełamanie do zera na sam koniec oznaczało, że Mertens triumfowała w premierowej odsłonie 6:3.

     

    Po kilku minutach przerwy panie wróciły do rywalizacji. Tym razem partię otwierała Elise. Prowadziła 30-15, ale potem zafundowała sobie problemy. Po podwójnym błędzie serwisowym pojawił się break point dla Sabalenki. W akcji zobaczyliśmy drugie podanie, które Białorusinka doskonale zareturnowała. Rywalka nie była w stanie zmieścić odegrania w korcie i doszło do przełamania. Po chwili Aryna potwierdziła przewagę, wygrywając gema do zera.

     

    W przeciwieństwie do pierwszego seta, tym razem tenisistka z Mińska pognała po dalsze zdobycze. Punktowała swoją przeciwniczkę i przy stanie 5:0 serwowała po tzw. bajgla. Mimo piłki na wygranie seta do zera, nie wykorzystała tej okazji. Pozwoliła Mertens na zdobycie premierowego “oczka” w drugiej odsłonie. Później Elise utrzymała jeszcze swoje podanie, ale na więcej Aryna już nie pozwoliła. Ostatecznie partia zakończyła się rezultatem 6:2.

     

    Pierwsze minuty trzeciej partii miały bardzo podobny przebieg do tego, co oglądaliśmy w drugiej. Już na “dzień dobry” pojawiły się break pointy dla Sabalenki. Liderka rankingu wykorzystała drugą okazję i od razu objęła prowadzenie. Po chwili wróciła ze stanu 0-30 przy swoim podaniu i podwyższyła przewagę. Także trzecie rozdanie zakończyło się po myśli Aryny. Tym razem pomogła Mertens, bowiem na koniec popełniła dwa podwójne błędy serwisowe.

    Elise próbowała walczyć, ale w czwartym gemie nie udało jej się wykorzystać żadnego z dwóch break pointów. Po udanych akcjach Aryny mogliśmy usłyszeć głośne okrzyki, które dodawały pewności siebie liderce rankingu. Białorusinka nie zamierzała zwalniać i po chwili miała break pointa na 5:0. Ostatecznie Belgijka doczekała się jednak premierowego “oczka” na swoją korzyść. Po kilku minutach miała nawet piłkę na drugiego, ale nie wykorzystała jej. Sabalenka wyszła na 5:1, a potem wywalczyła jeszcze jedno przełamanie i ostatecznie wygrała 3:6, 6:2, 6:1. Rywalką tenisistki z Mińska w batalii o ćwierćfinał WTA 1000 w Madrycie będzie Rebeka Masarova lub Peyton Stearns.

     

     

  • Wielkie zwycięstwo Świątek, a później takie wieści od WTA. Polka na szczycie

    Wielkie zwycięstwo Świątek, a później takie wieści od WTA. Polka na szczycie

    Wielkie zwycięstwo Świątek, a później takie wieści od WTA. Polka na szczycie

    Iga Świątek wygrała swój drugi mecz w turnieju WTA 1000 w Madrycie, gdzie broni jednego ze swoich trzech ostatnich tytułów w tourze. Po zwycięstwie z Lindą Noskovą Polka poprawiła swoje wyniki, jeśli chodzi o grę w “tysięcznikach” na mączce. Federacja za pośrednictwem platformy “X” oficjalnie ogłosiła, że tak znakomitym współczynnikiem zwycięstw nie może pochwalić się żadna inna zawodniczka.

     

    Do obrony tytułu w turnieju WTA 1000 w Madrycie Iga Świątek przystąpiła z nowymi nadziejami. Choć pierwszy mecz z Alexandrą Ealą nie był w jej wykonaniu idealny, to w drugim z Lindą Noskovą pokazała już naprawdę bardzo dobrą grę.

     

    Iga Świątek odniosła swoje kolejne ważne zwycięstwo na mączce. W następnej rundzie Polka zmierzy się z Dianą Sznajder (13. miejsce w rankingu WTA). Choć będzie faworytką tego pojedynku, to z pewnością nie będzie on dla niej łatwą przeprawą.

     

    Iga Świątek w tym sezonie nie zdobyła jeszcze ani jednego tytułu, co do pewnego stopnia z pewnością można potraktować jako rozczarowanie. Możliwe jednak, że to właśnie w Madrycie Polka ostatecznie się przełamie i wróci na zwycięską ścieżkę. “Gdzie, jak nie na mączce?” – pytają wszyscy jej fani.

     

    Świątek najlepsza w “tysięcznikach” na mączce. WTA oficjalnie ogłasza

     

    Po zwycięstwie z Lindą Noskovą WTA za pośrednictwem mediów społecznościowych wstawiło specjalny post z grafiką poświęcony Idze Świątek, która nadal jest postrzegana jako niekwestionowana “królowa mączki”. W tym roku Polka broni tytułu nie tylko w Madrycie, ale również w Rzymie i Paryżu.

     

    Federacja na platformie “X” zwraca uwagę na to, że Iga Świątek ma współczynnik wygranych w “tysięcznikach” na swojej ulubionej nawierzchni wynoszący aż 89,7%. Żadna inna tenisista nie może pochwalić się tak znakomitym wynikiem. Polka znajduje się na samym szczycie tego rankingu.

     

    – Liczby mówią same za siebie – komentuje WTA.

    Spekulując, co może wydarzyć się w meczu Igi Świątek z Dianą Sznajder, nie możemy podeprzeć się historią. Polka i Niemka wcześniej w zawodowym tenisie ze sobą nie grały.

  • Tak Świątek skomentowała wygraną z Noskovą. Wskazała kluczowy czynnik

    Tak Świątek skomentowała wygraną z Noskovą. Wskazała kluczowy czynnik

    Tak Świątek skomentowała wygraną z Noskovą. Wskazała kluczowy czynnik

    Po wygranej z Alexandrą Ealą przyszedł czas na kolejne starcie Igi Świątek w ramach turnieju WTA Madryt. Tym razem zmierzyła się on z Lindą Noskovą. Mimo wyrównanej rywalizacji ostatecznie Iga pokonała Czeszkę wynikiem 2:0 (6:4, 6:2). Szczególnie początek starcia zwiastował ciężką przeprawę dla Polki, o czym ta nie omieszkała wspomnieć podczas pomeczowego wywiadu, wspominając m.in. przełamanie Noskovej z pierwszego seta. Świątek wskazała również czynnik, który pomógł jej w zwycięstwie z Noskovą.

     

    Korty WTA Madryt to póki co miejsce szczęśliwe dla Igi Świątek. W ramach pierwszego spotkania tegorocznej edycji hiszpańskiego turnieju zmierzyła się ona z Alexandrą Ealą, z którą to nie tak dawno temu zaliczyła bardzo dotkliwą porażkę. W ponownym pojedynku raszynianka zrewanżowała się jednak wschodzącej gwieździe filipińskiego tenisa, choć trzeba przyznać, że wygrana nie przyszła jej bez pewnych problemów.

     

    To zwycięstwo pozwoliło Polce awansować do kolejnej rundy turnieju, w której to na jej drodze stanęła czeska tenisistka Linda Noskova. W przeszłości panie mierzyły się aż sześciokrotnie, z czego pięć razy zwycięsko wychodziła Świątek. Początek ich siódmego bezpośredniego starcia nie wskazywał jednak na wyraźną przewagę żadnej z zawodniczek. Obydwie zaliczyły dobry start, zdobywając po jednym przełamaniu w początkowej fazie meczu. Ostatecznie po wyrównanej batalii pierwszy set wpadł na konto Świątek.  Drugi natomiast od początku układał się po myśli Polki, która ostatecznie wygrała spotkanie z Noskovą wynikiem 2:0 (6:4, 6:2).

     

    Iga Świątek wygrała z Lindą Noskovą. “Cieszę się, że zachowałam spokój”

     

    Choć przed tym spotkaniem większość liczb przemawiała na korzyść Świątek, to wszyscy kibice 23-latki zapewne doskonale wiedzą, że jej tegoroczne spotkania potrafią przyprawić o ból głowy. Dotychczas w wielu momentach brakowało jej spokojnego podejścia do rywalizacji, co kompletnie wyprowadzało raszyniankę z rytmu. Tym razem udało jej się jednak zachować odpowiednie podejście, co zresztą sama przyznała. “Jestem bardzo zadowolona z tego, jak zagrałam. Cieszę się, że zachowałam spokój, nawet wtedy, gdy Linda mnie przełamała w pierwszym secie. Nie było łatwo od samego początku, ale jestem zadowolona z tego, co pokazałam” – mówiła Świątek podczas pomeczowego wywiadu.

     

    Jednocześnie wykonała ona pewien ukłon w stronę swojej przeciwniczki wskazując, że mecze z Lindą Noskovą nigdy nie są łatwe, a to ze względu na panującą w nich dużą intensywność. “Spodziewałam się bardzo trudnego spotkania, ale skupiałam się tylko na sobie i swojej grze” – tłumaczy Iga.

     

    Na koniec polska tenisistka dostała pytanie o to, jak zamierza spędzić niedzielę, która będzie dla niej dniem wolnym. Tutaj raszynianka przyznała, że w przypadku sprzyjającej pogody będzie chciała skorzystać z uroków Madrytu i odwiedzić miejsca, których dotąd nie miała okazji zwiedzać.

     

  • Wszyscy czekali na rzuty karne w El Clasico. Aż nadeszła 115. minuta

    Wszyscy czekali na rzuty karne w El Clasico. Aż nadeszła 115. minuta

    Wszyscy czekali na rzuty karne w El Clasico. Aż nadeszła 115. minuta

    To było niesamowite widowisko, które kibice FC Barcelony i Realu Madryt będą pamiętać latami. O wszystkim w finale Pucharu Hiszpanii zadecydowała dogrywka. W niej Jules Kounde zdobył pięknego gola i FC Barcelona wygrała 3:2!

     

    Finał Pucharu Hiszpanii zakończył się w wielkim stylu. Oba zespoły zdobyły po dwa gole i doszło do dogrywki. W 104. minucie Ferran Torres dostał podanie od Raphinhy, strzelał z ośmiu metrów, ale tuż obok słupka. W 116. minucie, kiedy już wszyscy szykowali się do rzutów karnych, doszło do szokującej sceny Doświadczony Luka Modrić fatalnie podał do swojego kolegi na 25 metr, piłkę przechwycił Kounde i zdecydował się od razu na strzał po ziemi z 20 metrów i piłka wpadła do siatki!

     

    Aż pięć goli w finale Pucharu Hiszpanii!

     

    Była 28. minuta tego meczu. Do tej pory niewiele się działo ciekawego na boisku. Wtedy Pau Cubarsi kapitalnie przechwycił podanie do Viniciusa i uruchomił kontrę. Lamine Yamal z prawej strony wbiegł w pole karne i podał na 18 metr do Pedriego. Jeden z najlepszych piłkarzy świata uderzył pięknie z pierwszej piłki, technicznie pod poprzeczkę. Courtois próbował sięgnąć piłki, ale to mu się nie udało. FC Barcelona prowadziła 1:0. Zasłużenie, bo do przerwy była drużyną lepszą.

     

    Bliski gola był też Yamal, ale jego strzał z 16 metrów w 19. minucie poleciał tuż obok słupka. 120 sekund później bramkarz Realu świetnie obronił strzał głową z ośmiu metrów Kounde.

     

    Real Madryt w tej części w ofensywie nie istniał. Nie stworzył dogodnej sytuacji, oddał jeden strzał i żadnego celnego. Wyraźnie przegrał też walkę o posiadanie piłki (37-63 proc.). W efekcie już w przerwie trener Carlo Ancelotti zdecydował się wprowadzić wracającego po kontuzji Kyliana Mbappe, który zastąpił Rodrygo.

     

    Już po pięciu minutach drugiej połowy Wojciech Szczęsny kapitalnie obronił strzał Viniciusa Juniora z 11 metrów i dobitkę Brazylijczyka z ostrego kąta. W 54. minucie były reprezentant Polski zatrzymał strzał Mbappe z kąta z czterech metrów. Real Madryt grający zdecydowanie lepiej w tej części zwietrzył swoją szansę i dążył do wyrównania. W 56. minucie Vinicius miał bardzo dobrą okazję, ale jego strzał zablokował na szóstym metrze Kounde.

     

    W 70. minucie Real Madryt dopiął swego. Mbappe uderzył z rzutu wolnego z 20 metrów, piłka odbiła się od słupka i wpadła do siatki.

     

    Siedem minut później drużyna Ancelottiego prowadziła już 2:1. Z rzutu rożnego z prawej strony dośrodkował Arda Guler, a Tchouameni wyskoczył najwyżej na szóstym metrze i strzałem głową trafił do siatki!

     

    FC Barcelona pokazała jednak charakter i potrafiła doprowadzić do dogrywki. W 84. minucie ze środka boiska Yamal kapitalnie dośrodkował do Torresa ten uprzedził wybiegającego Courtoisa i z 10 metrów trafił do pustej bramki. W szóstej minucie doliczonego czasu gry Raphinha upadł na boisko i sędzia Ricardo de Burgos Bengoetxea podyktował rzut karny. Po analizie VAR uznał, że Raul Asencio nie faulował Brazylijczyka i zmienił swoją decyzję. A potem doszło do niesamowitej akcji w dogrywce, którą opisaliśmy wyżej.

     

    Drużyna Flicka zdobyła już 32. puchar. Real Madryt wciąż ma 21.

     

    Teraz FC Barcelona i Real Madryt walczyć będą o mistrzostwo Hiszpanii. W bezpośrednim meczu zagrają 11 maja (godz. 16.15) w Barcelonie. Drużyna Flicka ma też szansę na wygranie Ligi Mistrzów, gdzie w półfinale zmierzy się z Interem Mediolan.

     

    FC Barcelona – Real Madryt 3:2 po dogrywce 3:2 (1:0)

    Bramki: Pedri (28.), Torres (84.), Kounde (116.) – Mbappe (70.), Tchouameni (77.).

    FC Barcelona: Szczęsny – Kounde, Cubarsi, Martinez, Martin Ż (85. Araujo) – Pedri (98. Garcia), de Jong Ż (86. Gavi), Olmo (65. Fermin Lopez Ż) – Yamal, Ferran Torres (115. Pau Victor), Raphinha Ż.

    Real Madryt: – Lucas (55. Modrić Ż), Asencio, Rudiger (110. Endrick), Mendy (11. Garcia) – Valverde, Ceballos (55. Guler), Tchouameni Ż, Bellingham Ż – Vinicius (89. Diaz), Rodrygo (46. Mbappe).

     

  • Wielkie emocje w El Clasico. Puchar Króla wyrwany w dogrywce

    Wielkie emocje w El Clasico. Puchar Króla wyrwany w dogrywce

    Wielkie emocje w El Clasico. Puchar Króla wyrwany w dogrywce

    To były dwie różne połowy finału Pucharu Króla. W pierwszej dominowała Barcelona, ale zdobyła tylko jedną bramkę po pięknym strzale Pedriego. W drugiej części do gry wrócił Real Madryt, cuda w bramce wyczyniał Wojciech Szczęsny, ale w końcu pokonał go rezerwowy Kylian Mbappe, a poprawił Aurelien Tchouameni. Katalończycy zdołali jednak wyrównać i potrzebna była dogrywka. W dodatkowym czasie decydującą bramkę zdobył Jules Kounde i to Barcelona sięgnęła po drugie trofeum w sezonie.

     

    Jak do tej pory Barcelona rozgrywa najlepszy sezon od co najmniej sześciu lat. To właśnie w 2019 roku ostatnio była w półfinale Ligi Mistrzów i zdobyła też mistrzostwo Hiszpanii. W bieżących rozgrywkach jest wciąż w grze, by zdobyć wszystkie możliwe trofea. Ma już Superpuchar Hiszpanii, jest w półfinale Ligi Mistrzów, w La Liga ma cztery punkty przewagi nad Realem Madryt. A w sobotę mogła sięgnąć po drugie trofeum – Puchar Króla.

     

    Miała też przewagę psychiczną nad Realem, który stoi na krawędzi najgorszego sezonu od lat. Już odpadł z Ligi Mistrzów, ucieka mu mistrzostwo kraju, a Superpuchar przegrał z Barceloną aż 2:5. “Duma Katalonii” także w La Liga i to na boisku rywala wygrała aż 4:0. Wiele więc wskazywało na ekipę trenera Hansiego Flicka, choć brakowało w niej najlepszego strzelca. Lewandowski, który pauzuje z powodu kontuzji, jest w klubie w wybornej formie – 40 goli w 48 meczach.

     

    Miała jednak w składzie drugi polski talizman. Z Wojciechem Szczęsnym w składzie Barcelona wygrała 24 z 25 spotkań. Jedyną porażkę zanotowała w rewanżowym meczu ćwierćfinału Ligi Mistrzów z Borussią Dortmund (1:3). Tyle że sprawa awansu była właściwie rozstrzygnięta po pierwszym spotkaniu (4:0). Katalończycy musieli jednak pamiętać, że zranione zwierzę (Real) potrafi być groźniejsze. Na dodatek zespół z Madrytu wciąż ma w kadrze wielu świetnych zawodników, choć akurat jeden z najlepszych – Kylian Mbappe – nie był na sto procent gotowy na całe spotkanie i zaczął je na ławce rezerwowych.

     

    Finał Pucharu Króla. FC Barcelona – Real Madryt, starcie tytanów. Kapitalna połowa “Dumy Katalonii”

     

    Pierwsze minuty należały do Barcelony. Swobodnie, szybko, dokładnie rozgrywała piłkę i łatwo zdobywała przestrzeń. Kilka razy zawrzało w polu karnym, ale obrońcy Realu wyszli obronną ręką. Już w dziesiątej minucie “Królewscy” dostali pierwszy cios. Stracili obrońcę – kontuzja uniemożliwiła grę Ferlandowi Mendy’emu i zastąpił go Fran Garcia.

     

    W 16. minucie błyskawiczna kontra Barcelony. Wystarczyły dwa podania, Raphinha zagrał przed bramkę, ale Ferran Torres nie zdołał oddać strzału. Za chwilę uderzył Lamine Yamal i piłka o centymetry minęła słupek. Katalończycy się rozpędzali – z rzutu wolnego dośrodkował Pedri, a uderzenie głową Julesa Kounde świetnie odbił Courtois.

     

    Kiedy wydawało się, że gra może się trochę wyrównać, Barcelona zadała cios. Zaczęło się od przerwania kontr Realu przez Pau Cubarsiego. Pedri od razu zagrał na skrzydło do Yamala, ten wbiegł w pole karne i dostrzegł niepilnowanego Pedriego, a Hiszpan popisał się przepięknym strzałem i było 1:0.

     

    Wtedy przebudził się Real. Jude Bellingham zdobył nawet gola, ale ze spalonego. W końcu na dłużej “Królewscy” zagościli pod polem karnym rywali. Szczęsny nie musiał jednak interweniować. W końcówce pierwszej połowy ponownie Barcelona była blisko drugiego gola. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Daniego Olmo nikt nie sięgnął piłki, a ta odbiła się od słupka i wyszła w pole.

     

    Real Madryt w natarciu, Wojciech Szczęsny w formie. Aż w końcu Mbappe trafił. I to nie był koniec

     

    Trener Realu nie czekał i na drugą połowę wpuścił Mbappe. To jednak Barcelona pierwsza zaatakowała. Znów dał o sobie znać Yamal, ale strzał był za słaby. Za chwilę uderzył Raphinha i też Courtois pewnie obronił.

     

    W końcu odpowiedział Real. Po podaniu Bellinghama dogodną okazję miał Vinicius Junior. Świetnie jego pierwszy strzał, a także dobitkę odbił Szczęsny. Za chwilę Mbappe zatańczył w polu karnym, ale znów polski bramkarz popisał się świetną reakcją. Real był coraz groźniejszy. Dwóch okazji nie wykorzystał Vinicius. A trener Ancelotti jeszcze próbował pomóc wprowadzając kolejnych dwóch nowych zawodników.

     

    Barcelona przeżywała trudne chwile. Teraz to Real niemal nie schodził z jej połowy. W 70. minucie miał świetną okazję – rzut wolny z około 20 metrów. Mbappe popisał się mocnym strzałem, piłka odbiła się od słupka i było 1:1. Piłkarze trenera Flicka nie potrafili zareagować. Mało tego, to Real nadal atakował i poszedł za ciosem. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego niepilnowany Aurelien Tchouameni dał“Królewskim” prowadzenie.

    Barcelona rzuciła się do odrabiania strat. Najpierw okazję miał Yamal, ale Courtois obronił. Za chwilę Hiszpan popisał się świetnym podaniem, Torres uciekł Ruedigerowi, minął bramkarza Realu i doprowadził do remisu. W ostatniej minucie doliczonego czasu w polu karnym padł Raphinha po starciu z Raulem Asencio. Sędzia wskazał na jedenasty metr, ale obejrzał sytuację na monitorze i zmienił decyzję. A za chwilę zarządził dogrywkę.

     

    W dodatkowym czasie obie drużyny grały ostrożniej. Zdawały sobie sprawę, że jeden błąd może mieć bolesne konsekwencje. Niewielką przewagę miała Barcelona, ale nie było groźnych sytuacji. W końcu w 104. minucie niewiele pomylił się Ferran Torres. Wciąż było 2:2.

     

    W drugiej części dogrywki długo niewiele się działo aż do 116. minuty. Wtedy piłkę przed polem karnym przejął Kounde i popisał się precyzyjnym strzałem. Courtois nie zdołał obronić i w ten sposób Barcelona zdobyła drugie trofeum w tym sezonie

     

  • Iga Świątek musi oglądać się za siebie! Rywalka wykorzysta każdą wpadkę

    Iga Świątek musi oglądać się za siebie! Rywalka wykorzysta każdą wpadkę

    Iga Świątek musi oglądać się za siebie! Rywalka wykorzysta każdą wpadkę

    Iga Świątek awansowała do 1/8 finału prestiżowego turnieju WTA 1000 w Madrycie! W sobotnim meczu Polka pokonała Lindę Noskovą 6:4, 6:2 i zrobiła kolejny krok w stronę obrony tytułu. Mimo zwycięstwa nasza tenisistka wciąż pozostaje jednak na dużym minusie w rankingu “na żywo” — wszystko przez to, że przed rokiem była w stolicy Hiszpanii bezkonkurencyjna. Wyjaśniamy.

     

    Rozpoczął się właśnie najtrudniejszy etap sezonu dla Świątek. W Madrycie, a wkrótce także w Rzymie i Paryżu, broni łącznie aż 4000 pkt — po 1000 za triumfy w dwóch turniejach WTA 1000 i 2000 za zwycięstwo w Roland Garros. Każde potknięcie będzie oznaczało bolesną stratę w światowym rankingu.

     

    Stąd też właśnie ujemny bilans przy nazwisku raszynianki. Aktualnie wynosi on 880 “oczek”. Jedynym sposobem na jego całkowite wyzerowanie pozostaje obrona tytułu, czyli ponowny triumf w całych zmaganiach.

     

    To pozwoliłoby jednocześnie zmniejszyć stratę do prowadzającej w zestawieniu Aryny Sabalenki. Białorusinka ma aktualnie ogromną przewagę nad Świątek, która nawet po wygranej Polki z Noskovą jest wprost porażająca — wynosi bowiem aż 3680 pkt! A przypomnijmy, że tenisistka z Mińska nie miała jeszcze okazji zagrać w 1/16 finału. Do tego dojdzie dopiero w niedzielę, kiedy to zmierzy się z Elise Mertens.

     

    Jessica Pegula goni Igę Świątek. Stawką pozycja wiceliderki

    To samo dotyczy Jessiki Peguli, która w rankingu jest tuż za Świątek i walczy z Polką o pozycję wiceliderki rankingu. Amerykanka, która w Madrycie już zyskuje, bo rok temu w tej imprezie nie wystąpiła, traci obecnie do 23-latki 230 “oczek”, ale jeśli w niedzielę pokona Moyukę Uchijimę i znajdzie się w 1/8 finału różnica pomiędzy obiema zawodniczkami wynosić będzie zaledwie 175 pkt.

     

    A do wszystkiego wciąż może włączyć się również plasująca się na czwartym miejscu Coco Gauff. Młoda Amerykanka jest już w najlepszej “16” tegorocznej imprezy i na jej liczniku obecnie znajduje się 6073 pkt.

     

  • Iga Świątek wyciągnęła z rękawa nową broń! Czeszka była zupełnie bezradna

    Iga Świątek wyciągnęła z rękawa nową broń! Czeszka była zupełnie bezradna

    Iga Świątek wyciągnęła z rękawa nową broń! Czeszka była zupełnie bezradn

     

    Na taką odpowiedź Igi Świątek czekaliśmy! Po ostatnich meczach serwis Polki wywoływał liczne słowa krytyki, ale dziś prezentował się on zdecydowanie lepiej. Linda Noskova stawiała wszystko na jedną kartę, ale z czasem wytraciła wszelkie argumenty. Wiceliderka rankingu pokonała Czeszkę 6:4, 6:2 i awansowała do czwartej rundy WTA w Madrycie. A tam czeka już na nią bardzo trudna rywalka, z którą Iga Świątek nigdy wcześniej nie grała!

     

    Wśród polskich kibiców Linda Noskova uchodzi za tenisistkę, która potrafi sprawiać Idze Świątek mnóstwo problemów. Bilans bezpośrednich spotkań obu pań nieco przeczył tej tezie, bo na pięć rozegranych wcześniej meczów Polka wygrała aż cztery, ale od pamiętnej porażki w trzeciej rundzie ubiegłorocznego Australian Open dwa na trzy ich bezpośrednie mecze były prawdziwymi thrillerami.

     

    Wobec problemów Polki w meczu drugiej rundy z Alexandrą Ealą można było spodziewać się, że ciekawie będzie również i tym razem. Choć tym razem warunki sprzyjały zdecydowanie naszej reprezentantce, która na mączce czuje się przecież jak ryba w wodzie. Od samego początku mogliśmy jednak spodziewać się wyrównanego, emocjonującego widowiska.

     

    Rywalka Igi Świątek stawiała na jedną kartę. I czerpała korzyści

    Czeszka, która została rozstawiona w turnieju w Madrycie z numerem 31., od pierwszych wymian starała się rzucić faworytce wyzwanie. Sama na pewno również zdawała sobie sprawę z tego, że to Iga Świątek radzi sobie fantastycznie na kortach ziemnych, ale mogła próbować powtarzać wszystko to, co wychodziło Alexandrze Eali w drugiej rundzie.

     

    Gra na kortach ziemnych charakteryzuje się tym, że przynajmniej teoretycznie toczy się tu najdłużej. Piłka zwalnia po odbiciach od mączki, a wymiany trwają dłużej, co do tej pory sprzyjało Polce. Ale Linda Noskova w pierwszych gemach spotkania znalazła sposób na to, by jakby zaprzeczyć tej logice.

     

    Tenisistka z czeskiego Vsetin robiła wszystko, by jak najbardziej skracać wymiany. Szybko została za to ukarana, bo to Iga Świątek jako pierwsza doczekała się szansy na przełamanie i zyskanie przewagi, ale już chwilę później to Noskova wygrała dwa gemy z rzędu, w imponujący sposób odpowiadając Idze Świątek.

     

    W wielu przypadkach starała się podejmować ryzykowne decyzje, co na początku spotkania bardzo jej się opłacało. Polka nie potrafiła odpowiedzieć na agresywne returny, jakie dawały Noskovej kilka łatwych punktów. Dzięki temu 20-latka doskonale radziła sobie przy serwisie pięciokrotnej mistrzyni wielkoszlemowej, choć przy własnym podaniu szło jej już dużo gorzej. A Świątek na tym korzystała.

     

    Ryzyko przyniosło karę. I to bolesną

    Wobec nierównej formy Czeszki, która była mimo wszystko mniej skuteczna od Polki, to Świątek mogła serwować po wygranie seta przy stanie 5:4. I znów doczekaliśmy się agresywnych prób przeciwniczki, która nie miała zupełnie nic do stracenia. Osiągnęła prowadzenie 30-0 w gemie, ale nie była w stanie pójść za ciosem, co bezlitośnie wykorzystała druga rakieta świata. Wykorzystała drugą piłkę setową i to ona była o krok bliżej czwartej rundy w Madrycie.

     

    Linda Noskova stawiała na jedną kartę, ale dość jednowymiarowa gra, choć widowiskowa, nie przyniosła jej finalnie efektu. Przed drugą partią Czeszka szybko musiała znaleźć inny plan na przyzwoicie dysponowaną faworytkę, bo bez tego Polka szybko mogła zapewnić sobie awans.

     

    Drugiego seta 20-latka rozpoczęła jednak w koszmarnym stylu, bo przegrała szybko dwa gemy z rzędu. Z kolei po stronie Igi Świątek warto było odnotować to, że znacznie lepiej działał serwis, który zwłaszcza w drugim secie wyglądał kapitalnie. Liczby aż tak bardzo tego nie oddają, ale Polka była dziś wyjątkowo stabilna w tym aspekcie gry. Dorzuciła też kilka asów, co nie dawało Noskovej nadziei na to, że wróci do gry.

     

    Do nagłego zwrotu już nie doszło, bo przy takiej formie serwisowej Świątek nie mogło do niego dojść. Polka wywalczyła jeszcze jedno przełamanie w drugim secie, a potem poszła za ciosem i pewnie zameldowała się w czwartej rundzie turnieju w Madrycie, gdzie już czeka na nią Diana Sznajder.

     

    To był prawdopodobnie najlepszy mecz Igi Świątek od kilku tygodni. W starciu z potencjalnie trudną rywalką spisała się zupełnie przyzwoicie i zachowała spokój do samego końca, ufając swojemu serwisowi. To on dziś okazał się jej tajną bronią i przyniósł sporo dobrego, dzięki czemu Polka zagra o ćwierćfinał. Rywalizację z Rosjanką obejrzymy najprawdopodobniej w poniedziałek.

     

    Iga Świątek — Linda Noskova 6:4, 6:2

  • Co za mecz Igi Świątek! 78 minut i koniec. Nagle nie wytrzymała

    Co za mecz Igi Świątek! 78 minut i koniec. Nagle nie wytrzymała

    Co za mecz Igi Świątek! 78 minut i koniec. Nagle nie wytrzymała

    Przy stanie 2:2 w pierwszym secie Iga Świątek odwróciła się do swojego sztabu, rozłożyła bezradnie ręce i krzyknęła: “No żadnego bekhendu nie trafiłam!”. Na jej słowa natychmiast zareagowała Daria Abramowicz. Wygląda na to, że psycholożka trafiła do tenisistki – w trzeciej rundzie turnieju WTA 1000 w Madrycie Polka pokonała Czeszkę Lindę Noskovą 6:4, 6:2.

     

    Rok temu Iga Świątek w znakomitym stylu wygrała turniej w Madrycie. Ale teraz już od prawie roku czeka na turniejowe zwycięstwo. I choćby dwa dni temu widzieliśmy, jak bardzo potrafi się niecierpliwić.

     

    W  trzysetowym meczu z Alexandrą Ealą Świątek wyszarpała zwycięstwo, mimo że popełniła aż 57 niewymuszonych błędów. Przez półtora seta grała wtedy koszmarnie, a przez półtora solidnie. To wystarczyło, żeby wygrać swój pierwszy mecz na madryckiej mączce (w pierwszej rundzie Iga miała wolny los). Ale pewne było, że Świątek nie może liczyć, że takie granie da jej w stolicy Hiszpanii cokolwiek więcej.

     

    W trzeciej rundzie Polce przyszło się zmierzyć z Lindą Noskovą. Z 20-letnią Czeszką Świątek ma bardzo dobry bilans, bowiem wygrała z nią dotąd pięć z sześciu meczów. Ale w tych sześciu starciach panie aż cztery razy grały na pełnym, trzysetowym dystansie. I ten jeden jedyny raz nasza tenisistka przegrała akurat w najważniejszym z ich meczu – podczas Australian Open. Krótko mówiąc: Świątek dobrze wiedziała, że Noskova jest i będzie trudną przeciwniczką. I była.

     

    Ale – na szczęście – tym razem oglądaliśmy Świątek w niezłej wersji. W porównaniu z jej ostatnimi meczami poprawę dostrzegaliśmy zwłaszcza w serwisie. Często Iga zagrywała z prędkościami powyżej 180 km/h. Serwisami potrafiła wychodzić z opresji, bronić breakpointów.

     

    Świątek nie obroniła się tylko raz. Gdy sama przełamała Noskovą na 2:1, to od razu Czeszka zaliczyła przełamanie powrotne. Gema serwisowego Polki wygrała w grze na przewagi, wykorzystując trzeciego breaka. I chyba ten moment trochę wybił Igę z rytmu. Jeszcze przed gemem dającym Czeszce remis 2:2 Polka siedziała na swoim krzesełku z zamkniętymi oczami i się koncentrowała. A w przy stanie 2:2 w piątym gemie meczu Idze zabrakło spokoju, gdy popełniła kolejny niewymuszony błąd. – No żadnego bekhendu nie trafiłam! – krzyknęła do swojego sztabu po punkcie na 2:2 i 40:30 dla Noskovej. Mowa ciała Igi (bezradnie rozłożone ręce) korespondowała z jej słowami. Na to natychmiast zareagowała Daria Abramowicz. – Następna piła i spokój. Graj! – odkrzyknęła Idze jej psycholożka.

     

    „Następna piła” w tamtym gemie też była dla Noskovej, dzięki czemu Czeszka wyszła na prowadzenie 3:2. Ale Iga spokojnie pracowała dalej i wkrótce wypracowała sobie przewagę. Gema na 3:3 skończyła wreszcie bekhendem. A moment później przełamała serwis rywalki pięknym, bekhendowym returnem. I wkrótce podwyższyła na 5:3.

     

    Cenne było to, że w tej sytuacji Noskova nie pękła. Że zmusiła Świątek do dalszego wysiłku. Gema na 4:5 wygrała do zera. A przy stanie 4:5 wyszła nawet na 30:0 przy serwisie Polki. Wtedy Iga znów dobrze poserwowała. Był i as (184 km/h), i wyrzucające podania, po których zyskiwała od razu przewagę sytuacyjną w wymianach. Wreszcie w grze na przewagi Świątek wykorzystała trzeciego setbola.

     

    Świątek wygląda coraz lepiej

    W pierwszym secie Świątek popełniła 9 niewymuszonych błędów. To bardzo duża poprawa w stosunku do 25 takich pomyłek z jej pierwszego seta meczu z Ealą. A w drugim secie od początku Iga zaczęła jeszcze lepiej niż w pierwszej partii wykorzystywać błędy przeciwniczki (Noskova też nie popełniała ich dużo – w pierwszym secie również 9). W każdym razie już w pierwszym gemie drugiego seta Świątek przełamała Noskovą, wygrywając go do 15. Później serwowała tak pewnie, że nie dawała Czeszce nawet szansy na przełamanie powrotne, a wreszcie sama przełamała ją jeszcze raz – na 5:2.

     

    Świątek w drugiej partii meczu z Noskovą wyglądała już naprawdę dobrze. Generalnie można mieć wrażenie, że Pola coraz pewniej i lepiej czuje się na madryckiej mączce. A to niezła wróżba przed dalszą częścią turnieju.

     

    W poniedziałek kolejną rywalką Polki będzie Rosjanka Diana Sznajder. 21-latka, która w rankingu WTA zajmuje 13. miejsce w Madrycie imponuje formą. W trzeciej rundzie rozbiła 6:0, 6:0 Łotyszkę Sevastovą, a wcześniej pokonała Amerykankę Volynets 6:1, 6:2.

  • 6:0, 6:0! Iga Świątek poznała potencjalną rywalkę w Madrycie

    6:0, 6:0! Iga Świątek poznała potencjalną rywalkę w Madrycie

    6:0, 6:0! Iga Świątek poznała potencjalną rywalkę w Madryci

     

    Czasami 45 minut nie wystarcza, żeby rozegrać pełnego seta. Czasami w tym czasie rozgrywa się zaledwie kilka gemów. Jednak Diana Sznajder tyle czasu potrzebowała, aby… wygrać mecz. 21-letnia Rosjanka pokonała 6:0, 6:0 pogromczynię Jeleny Ostapenko, Łotyszkę Anastasiję Sevastovą. Tym samym to z nią zmierzy się Iga Świątek w czwartej rundzie, jeżeli w sobotni wieczór pokona Lindę Noskovą. Zobacz piłkę meczową z tego spotkania.

     

    Sevastova po ponad roku przerwy wraca do zawodowego tenisa i w Madrycie sprawiła już dwie niemałe niespodzianki. W pierwszej rundzie nieklasyfikowana w rankingu WTA zawodniczka pokonała 6:4, 7:5 47. na świecie Anastazję Pawluczenkową z Rosji. W drugim spotkaniu Sevastova ograła 7:6(2), 6:2 rodaczkę Jelenę Ostapenko. Przeciwko Sznajder była jednak kompletnie bezradna.

     

    Iga Świątek poznała potencjalną rywalkę w Madrycie

    Diana Sznajder po prostu rozbiła swoją rywalkę. Sevastova wygrała zaledwie 25 proc. punktów po pierwszym serwisie i 30 proc. po drugim. Sama zdołała wypracować dwa break pointy, ale ich oczywiście nie wykorzystała.

     

    Diana Sznajder, która zajmuje 13. miejsce w rankingu WTA, jeszcze nigdy nie mierzyła się z Igą Świątek. Leworęczna Rosjanka potrafi jednak grać bardzo niewygodny tenis. Wygrała w swojej karierze cztery turnieje na poziomie WTA na każdej z nawierzchni. W imprezach wielkoszlemowych ani razu nie zdołała jednak dojść do ćwierćfinału.

  • Sensacja w Jastrzębiu Zdroju. Wilfredo Leon i spółka w finale PlusLigi!

    Sensacja w Jastrzębiu Zdroju. Wilfredo Leon i spółka w finale PlusLigi!

    Sensacja w Jastrzębiu Zdroju. Wilfredo Leon i spółka w finale PlusLigi

     

    Rywalizacja JSW Jastrzębskiego Węgla z Bogdanką LUK Lublin okazała się widowiskiem godnym swojej stawki. W rywalizacji o finał PlusLigi górą, po pięciosetowym starciu, byli lublinianie.

     

    Rywalizację Jastrzębskiego Węgla z Bogdanką LUK Lublin można było określić starciem dobrych znajomych, w ciągu ostatnich sześciu tygodni obie ekipy mierzyły się ze sobą bowiem po raz piąty. Ciężar gatunkowy sobotniego starcia był jednak zdecydowanie największy, na szali znalazł się bowiem finał PlusLigi.

     

    Początek spotkania należał do gospodarzy, którzy dzięki zmiennej zagrywce, blokom Norberta Hubera i znakomitej grze Tomasza Fornala, szybko wypracowali pięciopunktową zaliczkę (7:2). Jak się okazało, nie była ona jednak wystarczająca, aby ze spokojem kontynuować grę w pierwszej partii. Przyjezdni błyskawicznie odpowiedzieli potężną zagrywką, odrabiając straty i przejmując inicjatywę (11:12).

     

    Wystarczyła skuteczność w tym elemencie tercetu Fynnian McCarthy – Mikołaj Sawicki – Kewin Sasak. Wilfredo Leon, który wcześniej kilkakrotnie odmieniał losy partii z linii 9. metra, tym razem błyszczał głównie w ataku. Po stronie gospodarzy z kolei, dość niespodziewanie, jednym z bohaterów był doskonale prezentujący się 18-letni libero Jakub Jurczyk. Zawodził natomiast Timothee Carle. Francuz w połowie partii został zmieniony przez Luciano Vicentina. Argentyńczyk nie uchronił jednak swojej ekipy przed porażką w pierwszej partii.

     

    Drugiego seta Timothee Carle rozpoczął w kwadracie dla rezerwowych. Miejscowi, dla których ta odsłona miała niebagatelne znaczenie, przez długi czas nie byli w stanie przejąć kontroli nad setem. Nie pomagała doskonała gra Tomasza Fornala i skuteczność na środku Antona Brehme. Lublinianie utrzymywali kontakt przez większość seta, mimo że bardzo słabo prezentował się Wilfredo Leon. Na szczęście dla przyjezdnych nie zawodzili środkowi i Kewin Sasak (16:16).

     

    Losy drugiej partii rozstrzygnęły się w końcówce. Lublinianom zabrakło skuteczności w ataku, z kolei podopieczni Marcelo Mendeza zanotowali czteropunktową serię, zwieńczoną asem serwisowym Antona Breme (22:18). W tym momencie gra gości całkowicie się załamała. Kropkę nad “i”, po kolejnej punktowej zagrywce postawił Tomasz Fornal, doprowadzając do meczowego remisu.

     

    W trzecim secie emocje sięgnęły zenitu, a końcówka była idealnym zobrazowaniem stawki tego starcia. Górą byli lublinianie, po skutecznym kontrataku w wykonaniu Kwina Sasaka. Cichym bohaterem został jednak Bennie Tuinstra. Holender, który przy stanie 10:10 zastąpił na boisku Macieja Sawickiego, w końcówce nie wykorzystał czterech piłek. To pozwoliło gospodarzom na obronę trzech piłek setowych, reprezentant Oranje przełamał się jednak w kluczowym momencie.

     

    Podopieczni Marcelo Mendeza mieli prawo odczuwać niedosyt. Co prawda przez większość partii inicjatywa należała do lublinian, jednak seria zagrywek Łukasza Kaczmarka w samej końcówce, dała nadzieję na odwrócenie losów rywalizacji. Ostatecznie jednak okazała się niewystarczająca, podobnie jak doskonała skuteczność ataku. Trójka skrzydłowych Jastrzębskiego Węgla (Fornal, Kaczmarek, Carle) oraz środkowy Anton Brehme kończyła powyżej 60 procent akcji.

     

    Mistrzowie Polski doskonale zdawali sobie sprawę ze swojej sytuacji przed czwartym setem. Porażka pozbawiała ich marzeń o obronie tytułu. Niesieni dopingiem publiczności jastrzębianie nie zamierzali jednak składać broni, od początku przejmujac inicjatywę i wypracowując kilkupunktową przewagę. Miejscowych mogła jednak martwić kiepska dyspozycja Tomasza Fornala, który po trzech znakomitych setach w czwartym wpadł w wyraźny dołek (15:13).

     

    Gospodarze mogli jednak liczyć na Timothee Carle, Francuz nie tylko powrócił do wyjściowej szóstki po dłuższej przerwie, ale też odzyskał skuteczność w ataku. To pozwoliło utrzymywać lublinian na dystans. W końcówce emocje sięgnęły jednak zenitu, bowiem przy stanie 21:24 w polu zagrywki pojawił się Wilfredo Leon. Reprezentant Polski dwukrotnie huknął z linii 9. metra, zmniejszając straty swojej ekipy. Trzeciego setballa wykorzystał jednak Tomasz Fornal.

     

    Decydująca partia była zwieńczeniem kapitalnej rywalizacji półfinałowej. Poziom widowiska zdecydowanie mógł zadowolić nawet najbardziej wybrednych koneserów siatkówki. Walka od początku toczyła się cios za cios. Pierwsze przełamanie nastąpiło po skutecznych blokach na Tomaszu Fornalu i Łukaszu Kaczmarku. To napędziło gości na tyle skutecznie, że po chwili osiągnęli czteropunktową przewagę (10:6).

     

    W decydującym momencie seta, ciężar odpowiedzialności za zdobywanie punktów wziął na siebie Wilfredo Leon. Reprezentant Polski przez większość meczu pozostawał w cieniu Kewina Sasaka, jednak w kluczowym momencie to on przejął rolę lidera, wprowadzajac Bogdanmkę LUK Lublin do pierwszego w historii klubu finału PlusLigi!

     

    JSW Jastrzębski Węgiel – Bogdanka LUK Lublin 2:3 (22:25, 25:20, 24:26, 25:23, 9:15)

     

    JW: Kaczmarek, Toniutti, Carle, Brehme, Fornal, Huber, Jurczyk (libero) oraz Vincentin, Żakieta, Waliński (libero);

     

    Bogdanka LUK: Sasak, Sawicki, McCarthy, Grozdanow, Leon, Komenda, Hoss (libero) oraz Malinowski, Tuinstra, Czyrek