Category: Sports

  • Nieodwracalna decyzja. Podopieczna Fissette’a ma już dość. Tak napisała

    Nieodwracalna decyzja. Podopieczna Fissette’a ma już dość. Tak napisała

    Nie wytrzymała dłużej. Podopieczna Wima Fissette’a odchodzi na zawsze – nikt się tego nie spodziewał

    W czasie gdy Wim Fissette – belgijski szkoleniowiec pracujący obecnie z Igą Świątek – przenosi się z Montrealu do Cincinnati, by tam kontynuować wspólną walkę z Polką w kolejnym turnieju rangi WTA 1000, z jego przeszłości dobiegają wiadomości, które wstrząsnęły tenisowym światem. Choć jego współpraca ze Świątek właśnie przyniosła historyczne zwycięstwo w Wimbledonie, jeden z jego dawnych wyborów kadrowych właśnie podjął decyzję, która zostawiła wielu w osłupieniu.

     

    Fissette to nie tylko trener Świątek – dwa razy w roku, w kwietniu i listopadzie, musi opuścić sztab liderki rankingu, by zająć się zupełnie innym obowiązkiem: rolą kapitana reprezentacji Belgii w rozgrywkach Billie Jean King Cup.

     

    Teraz jednak nie chodzi o strategię, terminarz czy rywalki. Chodzi o coś znacznie bardziej emocjonalnego i definitywnego. Jedna z zawodniczek, którą Fissette powoływał jeszcze do kadry narodowej zaledwie kilka miesięcy temu, ogłosiła… zakończenie kariery.

     

    Zaskoczenie, którego nikt się nie spodziewał

     

    Marie Benoit – 30-letnia tenisistka z Belgii, przez lata walcząca na zapleczu wielkiego tenisa, znana w kraju, choć mniej rozpoznawalna globalnie – podjęła decyzję, której nie można już cofnąć. Postanowiła na dobre pożegnać się z zawodowym sportem.

     

    To właśnie Benoit Fissette powołał do reprezentacji na zeszłoroczne spotkania w ramach Billie Jean King Cup. W kwietniu zagrała w deblu przeciwko Amerykankom – Caroline Dolehide i obecnej liderce rankingu deblowego Taylor Townsend – razem z Kimberley Zimmermann. Spotkanie zakończyło się porażką Belgijek, a USA awansowało później aż do finału w Maladze.

     

    Jesienią, podczas fazy play-off w Chinach, Benoit znów znalazła się w składzie – i wystąpiła nawet w singlu, mierząc się z miejscową zawodniczką Sijią Wei. Jej zaangażowania nie sposób było podważyć. Ale jak się okazuje, gdzieś głęboko w środku, coś zaczęło się w niej zmieniać.

     

    Jeszcze walczyła – ale już wahała się

     

    Na początku tego roku, w styczniu, Benoit nadal próbowała. Zgłosiła się do eliminacji Australian Open, pokonała w pierwszej rundzie Yuriko Miyazaki, ale w drugiej przegrała z Mają Chwalińską. Mimo to nie odpuściła – grała dalej, walczyła na turniejach ITF, występowała nawet w niemieckiej Bundeslidze aż do połowy lipca. Ale… coś gasło.

     

    I nagle – jak grom z jasnego nieba – nadeszło oświadczenie.

     

    W mediach społecznościowych Marie Benoit opublikowała wzruszające słowa, które jasno wskazywały: to koniec. „Zawsze starałam się mieć odpowiedzi na wszystkie pytania, ale chyba nie ma jednej dobrej odpowiedzi” – napisała, dziękując wszystkim, którzy towarzyszyli jej przez całą sportową drogę.

     

    W rozmowie z radiem BRF otworzyła się jeszcze bardziej: „Prawdopodobnie mogłabym grać jeszcze kilka lat. Niektóre zawodniczki mają 34 lata, inne rodzą dzieci i wracają na korty. Ale ja poczułam, że coś się kończy”.

     

    Znaki były od dawna – ale dopiero teraz zrozumiała ich znaczenie

     

    Benoit mówiła o pewnych sygnałach, które zaczęły do niej docierać. „Na początku ich nie rozumiałam, ale z czasem wszystko zaczęło mieć sens. Zdałam sobie sprawę, że nadszedł czas, by spróbować czegoś innego, nie podróżować już tak wiele, po prostu… zakończyć karierę.”

     

    Jej słowa zabrzmiały szczerze, dojrzale, bez żalu. Jakby zyskała spokój, którego długo szukała. Decyzja nie była podjęta w emocjach. To był przemyślany krok.

     

    Czy to naprawdę koniec?

     

    Choć kończy karierę jako zawodniczka, nie wyklucza pozostania przy tenisie – może jako trenerka. Jej doświadczenie, lata spędzone na międzynarodowych kortach i znajomość kobiecego touru mogą być bezcenne dla młodszych zawodniczek, które dopiero wchodzą na zawodowy poziom.

     

    Dla Fissette’a ta wiadomość z pewnością była poruszająca. W najbliższym czasie skupi się na przygotowaniu Świątek do turniejów w Cincinnati i US Open, ale nie sposób wykluczyć, że wieść o decyzji Benoit wywołała u niego emocjonalną refleksję. W końcu to on dawał jej szansę gry z orzełkiem Belgii na piersi.

    To koniec pewnego rozdziału. Marie Benoit nie powróci już na zawodowe korty, ale jej historia wcale się nie kończy. Być może najciekawsze dopiero przed nią.

  • Sceny po powrocie Polaków. Fornal chwycił za mikrofon i się zaczęło

    Sceny po powrocie Polaków. Fornal chwycił za mikrofon i się zaczęło

    Sceny po powrocie Polaków. Fornal chwycił za mikrofon i się zaczęło

    Wystarczyło, że pokazał się Nikola Grbić, a czekający na lotnisku prawie do północy na reprezentację Polski siatkarzy kibice zareagowali euforycznie. Zaraz potem zmęczeni triumfatorzy Ligi Narodów udali się na konferencję prasową, podczas której brylował Tomasz Fornal. Zadał nawet pytanie jednemu z kolegów, ale później sam nie chciał odpowiedzieć na jedno.

     

    To nie był taki tłum jak ten wypełniający halę przylotów na Okęciu, gdy polscy siatkarze wracali do kraju rok temu po wywalczeniu wicemistrzostwa olimpijskiego, dwa lata temu po zdobyciu mistrzostwa Europy czy w 2018 roku po triumfie w mistrzostwach świata. Ale i tak drużyna Nikoli Grbicia mogła się poczuć doceniona, bo spora grupa fanów czekała do późna w poniedziałek, by powitać ją po powrocie z Ningbo, gdzie zwyciężyła w Lidze Narodów. Teraz kibice zaczynają odliczać dni do wrześniowych mistrzostw świata, a zawodnicy na razie chcą się nacieszyć kilkudniowym odpoczynkiem. Jeden z kadrowiczów twierdzi nawet, że ma go zaplanowany niemal co do minuty.

     

    To nie był taki tłum jak ten wypełniający halę przylotów na Okęciu, gdy polscy siatkarze wracali do kraju rok temu po wywalczeniu wicemistrzostwa olimpijskiego, dwa lata temu po zdobyciu mistrzostwa Europy czy w 2018 roku po triumfie w mistrzostwach świata. Ale i tak drużyna Nikoli Grbicia mogła się poczuć doceniona, bo spora grupa fanów czekała do późna w poniedziałek, by powitać ją po powrocie z Ningbo, gdzie zwyciężyła w Lidze Narodów. Teraz kibice zaczynają odliczać dni do wrześniowych mistrzostw świata, a zawodnicy na razie chcą się nacieszyć kilkudniowym odpoczynkiem. Jeden z kadrowiczów twierdzi nawet, że ma go zaplanowany niemal co do minuty.

     

    Wiwaty na cześć “zwykłych” podróżnych. “Daj na głośnomówiący!”

     

    Polscy siatkarze z niewielkim opóźnieniem wylądowali w kraju w poniedziałek późnym wieczorem, ale potem jeszcze niespełna godzinę zgromadzeni kibice musieli czekać, by ujrzeć na własne oczy Grbicia i spółkę. Drzwi co chwilę się rozsuwały i za każdym razem w tłumie słychać było pełen nadziei pomruk, że to wreszcie wychodzą Biało-Czerwoni. Gdy okazywało się co rusz, że to jednak jeszcze nie oni, to fani zaczęli dla zabawy specjalnie wiwatować na cześć “zwykłych” podróżnych, którzy początkowo na takie powitanie reagowali zaskoczeniem, a potem szerokim uśmiechem.

     

    W trakcie tego oczekiwania liczba kibiców zwiększała się także dlatego, że wcześniej niektórzy ustawili się przy niewłaściwym wyjściu. Część osób podczas tego oczekiwania zastanawiała się, gdzie najlepiej się ustawić, a niektóre fanki poprawiały makijaż, czekając na wspólne zdjęcie z ulubieńcami. W pewnym momencie niektórzy zaczęli skandować “Polska, Biało-Czerwoni”, ale przy pierwszym podejściu szybko to skandowanie się skończyło.

     

    – Daj na głośnomówiący! – krzyknął żartobliwie jeden z kibiców do pracownika lotniska, który kręcił się w pobliżu, rozmawiając przez telefon.

     

    Gdy po chwili dał on znać, że wkrótce przez rozsuwane drzwi powinni wreszcie przejść wyczekiwani siatkarze, to w tłumie zrobiło się trochę głośniej, a fani szykowali aparaty fotograficzne i telefony. Jako pierwszy, tradycyjnie, pojawił się Grbić i wtedy właśnie powstała wielka wrzawa. Zaraz za trenerem maszerowali kolejni zawodnicy, którzy zatrzymywali się przy fanach, rozdając autografy i robiąc sobie z nimi zdjęcia. Wtedy kibice skandowali “Dziękujemy, dziękujemy”, a gdy przy kibicach przystanął kontuzjowany Tomasz Fornal, to słychać było: “Panie Tomku, zdrowia!”.

     

    Kochanowski i zmiana scenariusza. “Mam prawie każdą minutę zaplanowaną”. Polacy twardo stąpają po ziemi

     

    Siatkarze stopniowo przesuwali się w kierunku ruchomych schodów, które były pierwszym etapem ich drogi na konferencję prasową, którą zorganizowano w pobliskim hotelu. W drodze do niego zarówno szkoleniowiec, jak i zawodnicy jeszcze przystawali, by zrobić sobie kolejne zdjęcia z fanami. Na spotkaniu z grupką dziennikarzy jako pierwszego do zabrania głosu w imieniu triumfatorów LN wywołano Jakuba Kochanowskiego.

     

    – Nie byłem na to gotowy, bo w scenariuszu najpierw trener miał przemawiać, a ja miałem mieć kilka minut, by sobie coś przygotować – rzucił rozbawiony środkowy, który od niedawna jest kapitanem Biało-Czerwonych w zastępstwie nieobecnych Bartosza Kurka i Aleksandra Śliwki.

     

    Po Kochanowskim wywołany do tablicy został Grbić, który w swoim stylu podkreślał znaczenie ciężkiej pracy. Tej już wykonanej od początku sezonu, jak i tej, która dopiero przed jego zespołem. Teraz bowiem zawodnicy mają sześć dni wolnego, a w przyszły poniedziałek zaczynają w Zakopanem bezpośrednie przygotowania do MŚ.

     

    Pytani później przez Sport.pl gracze przyznawali, że mają dobrze zaplanowane najbliższe dni, które chcą wykorzystać przede wszystkim na regenerację i złapanie oddechu.

     

    – Ja mam prawie każdą minutę zaplanowaną. Tak mało tego czasu mamy – zaznaczył z uśmiechem Kochanowski.

    Grbić nawiązał zaś jeszcze do słów, które przekazał siatkarzom na spotkaniu po finale LN pod kątem drugiej części sezonu.

     

    – Musimy zapomnieć wszystko, co się dotychczas wydarzyło i myśleć tylko o tym, co robić lepiej i jak grać lepiej, by znów wrócić z medalem – podkreślił.

     

    Zawodnicy, którzy współpracują z Serbem już od kilku lat, mają dobrze wpojone takie podejście i mimo że w kadrze pod wodzą tego szkoleniowca zawsze wracali dotychczas z dużych imprez z medalem, to teraz starają się też twardo stąpać po ziemi.

     

    – Są radość i duma, ale też musimy się pilnować, by nie osiąść na laurach. Bo owszem, mamy w składzie kilka osób, które są w tej grupie od dawna, ale dla kilku innych to jest nowość. Każda grupa z roku na roku jest inna i trzeba o to właściwe podejście dbać – przekonywał kapitan Polaków.

     

    Fornal testował Grbicia i przepytywał Kochanowskiego. Sam miał jeden temat tabu

    Konferencja prasowa zaczęła się bardzo późno i choć była dość krótka, to i tak zakończyła się już we wtorek. Dziennikarze celowo nie chcieli przedłużać oficjalnej części, czekając już na rozmowy indywidualne. Po pierwsze, zawodnicy byli zmęczeni i wiadomo było, że chcieli jak najszybciej udać się do domów, a po drugie, była już prawie północ. Dlatego też w pierwszej części konferencji padło od przedstawicieli mediów tylko jedno pytanie skierowane do Biało-Czerwonych – o stan zdrowia Fornala, który podczas półfinału LN uszkodził kostkę.

     

    – Jest w porządku. Potrzebuję kilka dni odpoczynku. Trener powiedział, że za sześć dni widzimy się w Zakopanem. Sądzę, że w poniedziałek będę już gotowy do treningu…Może we wtorek…albo w środę – zaczął żartobliwie modyfikować odpowiedź przyjmujący, zerkając przy tym na siedzącego przed nim szkoleniowca. Ten zaś reagował wymownie na te późniejsze propozycje.

     

    – Trener kręci głową, więc chyba widzimy się w poniedziałek – podsumował ze śmiechem Fornal.

     

    Na tym nie poprzestał. Dziennikarze czekali już na zakończenie oficjalnej części spotkania, by przejść do wywiadów, ale przyjmujący miał inny pomysł.

     

    – Ja mam pytanie. Jak to jest zostać MVP i najlepszym środkowym LN? – rzucił i oddał mikrofon Kochanowskiemu, który zdobył wspomniane wyróżnienia.

     

    Ten zaś z szerokim uśmiechem od razu wyjaśnił: – Tak naprawdę Tomek nie chce się tego dowiedzieć. Po prostu wie, że ja nie do końca lubię przemawiać publicznie, więc teraz będzie kierował do mnie cztery tysiące pytań.

     

    Po chwili jednak kapitan Polaków dodał już na poważnie: Wszystkie nagrody indywidualne w sportach drużynowych to tak naprawdę nagrody całej drużyny. Bo żadna jednostka nie jest w stanie w nich funkcjonować sama.

     

    Fornal garnął się do zadawania pytań, ale sam na jedno nie chciał odpowiedzieć. Po zakończeniu oficjalnej części spytałam go o sytuację z celebracji niedzielnego sukcesu. Kamery uwieczniły, jak tuż po odebraniu przez Kochanowskiego trofeum dla drużyny za zwycięstwo w LN razem z kolegami zaczął skakać z radości. Od razu podszedł do niego Grbić i powiedział mu kilka słów, a zawodnik zaczął podskakiwać na jednej nodze. Trener zapewne przypomniał mu o potrzebie oszczędzania uszkodzonej w sobotę kostki. Ale przyjmujący nie chciał tego zweryfikować.

     

    – Nie kojarzę takiej sytuacji. Naprawdę – skwitował z uśmiechem. Na wzmiankę o możliwości pokazania filmiku z całą sytuacją zaś stwierdził tylko, że nie trzeba. Ale wciąż nie chciał zdradzić, co usłyszał wtedy od szkoleniowca.

     

    Polacy po raz drugi w historii wygrali LN. Poprzednio, także po wodzą Grbicia, w 2023 roku. We wrześniu powalczą zaś o pierwsze mistrzostwo świata z nim w roli trenera, bo trzy lata temu stanęli wspólniena drugim stopniu podium.

     

  • Siedem lat oczekiwania Osaki, musiał przyjść Wiktorowski. Demolka w 49 minut

    Siedem lat oczekiwania Osaki, musiał przyjść Wiktorowski. Demolka w 49 minut

    Siedem lat oczekiwania Osaki, musiał przyjść Wiktorowski. Demolka w 49 minut

    Noc z niedzieli na poniedziałek przyniosła pożegnanie Igi Świątek z turniejem WTA 1000 w Montrealu. Inaczej miewa się sprawa w przypadku byłego szkoleniowca naszej reprezentantki – Tomasza Wiktorowskiego, który nawiązał okres próbny współpracy z byłą liderką rankingu – Naomi Osaką. Zanim swój mecz rozegrała raszynianka, zobaczyliśmy ekspresowy pojedynek w wykonaniu Japonki. Wielka mistrzyni awansowała do ćwierćfinału w 49 minut. I dokonała sztuki, która nie przydarzyła się jej od siedmiu lat.

     

    27 lipca tenisowy świat obiegła informacja, że Naomi Osaka zakończyła współpracę z Patrickiem Mouratoglou. Jeszcze zanim Japonka rozegrała swój pierwszy mecz na turnieju WTA 1000 w Montrealu, pojawiły się nieoficjalne informacje, że współpracę z czterokrotną mistrzynią imprez wielkoszlemowych ma nawiązać były szkoleniowiec Igi Świątek i Agnieszki Radwańskiej – Tomasz Wiktorowski. Później te spekulacje potwierdził sam agent tenisistki, który przyznał, że polski trener udaje się do Kanady na rozmowy z zawodniczką oraz okres próbny kooperacji.

     

    Gdy 44-latek po raz pierwszy zagościł w trenerskim boksie Osaki, ta zanotowała spektakularny powrót w spotkaniu drugiej rundy z Ludmiłą Samsonową. Naomi przegrywała 3:5 w drugim secie, musiała bronić dwóch meczboli. Później zanotowała także także powrót z 2-5 w tie-breaku i doprowadziła do decydującej odsłony, którą wygrała. Japonka poszła za ciosem i później dołożyła zwycięstwo z Jeleną Ostapenko. Już te spotkania sprawiły, że początek współpracy na linii Osaka – Wiktorowski układał się naprawdę zacnie. W niedzielę Naomi postawiła kolejny krok w dobrym kierunku. W bardzo pewnym stylu wyeliminowała Anastasiję Sevastovą, która w poprzednich fazach pokonała m.in. Jessicę Pegulę oraz Magdę Linette.

     

    WTA Montreal: Naomi Osaka kontra Anastasija Sevastova w czwartej rundzie singla

     

    Mecz rozpoczął się od serwisu Osaki. Premierowy gem spotkania przebiegał ciekawie. Najpierw zobaczyliśmy piłkę na 1:0 dla Naomi, później swojego break pointa otrzymała Sevastova. Ostatecznie pierwsze “oczko” powędrowało jednak do Japonki. Po zmianie stron 49. rakieta świata polowała na przełamanie. Wygrała dwie akcje na starcie drugiego rozdania, ale potem Anastasija zanotowała powrót z 0-30 i zrobiło się 1:1.

     

    Od tamtej chwili zawiązała się dominacja z perspektywy wielokrotnej mistrzyni imprez wielkoszlemowych. Osaka seryjnie zaczęła gromadzić gemy. Jedyne większe kłopoty w premierowej odsłonie zanotowała jeszcze w piątym rozdaniu, gdy musiała wracać z 15-40. Zrobiła to jednak skutecznie, a potem zdominowała końcówkę seta i wygrała go 6:1. Po wygranej przez 27-latkę odsłonie kamery pokazały reakcję Tomasz Wiktorowskiego, który z uznaniem przyglądał się temu, co prezentowała jego nowa podopieczna.

     

    To było jednak dopiero preludium do tego, co wydarzyło się później. Totalny nokaut na tablicy wyników dostarczyła druga partia. Już na starcie Naomi wygrała osiem wymian z rzędu. Pierwszy promyk nadziei dla Sevastovej pojawił się dopiero w trakcie piątego rozdania. Wówczas Łotyszka prowadziła 30-0 przy własnym podaniu, ale to i tak okazało się za mało, by zdobyć choćby jedno “oczko” w tym fragmencie pojedynku. Ostatecznie Osaka triumfowała w całym meczu 6:1, 6:0 w zaledwie 49 minut. W drugiej odsłonie zawodniczka z Azji straciła zaledwie cztery punkty, wygrywając jednocześnie 24 wymian.

     

    Anastasiję mocno kosztowały poprzednie trzysetowe batalie, a Naomi rozegrała kolejny dobry pojedynek. Dzięki temu Japonka po raz pierwszy od lutego 2024 roku zameldowała się w ćwierćfinale imprezy tej rangi. O awans do najlepszej “4” powalczy z Amandą Anisimovą lub Eliną Switoliną. Co ciekawe, dla Osaki był to pierwszy mecz od siedmiu lat, który wygrała tracąc zaledwie jednego gema. Ostatni taki przypadek zanotowała w sezonie 2018, gdy pokonała Danielle Collins 6:1, 6:0 podczas zmagań w Pekinie. Wówczas Naomi zatrzymała się dopiero na półfinale, w którym uległa… Anastasiji Sevastovej. Można zatem rzec, że historia zatoczyła koło.

  • Iga Świątek mogła już nie zagrać w Cincinnati. Mieszkańcy rzucili się na ratunek

    Iga Świątek mogła już nie zagrać w Cincinnati. Mieszkańcy rzucili się na ratunek

    Iga Świątek mogła już nie zagrać w Cincinnati. Mieszkańcy rzucili się na ratunek

    Iga Świątek niebawem rozpocznie ostatni sprawdzian przed startem w US Open. Za kilka dni wystartuje w turnieju WTA 1000 w Cincinnati. Nie każdy wie, że niewiele brakowało, a prestiżowa impreza zostałaby przeniesiona w inny rejon Stanów Zjednoczonych. Na ratunek ruszyli mieszkańcy, którzy w heroicznym geście zebrali 130 mln dolarów. Dzięki temu światowe gwiazdy tenisa po raz kolejny spotkają się w stanie Ohio.

     

    Turniej w Cincinnati rozgrywany jest od 1899 roku. Gwoli ścisłości – od 46 lat jego gospodarzem jest Mason, położone na przedmieściach metropolii. To drugi w hierarchii ważności tenisowy turniej w USA, zaraz po US Open.

     

    Niewiele brakowało, by tradycja została zerwana w ubiegłym roku. W ramach Projektu Breakpoint impreza miała zostać przeniesiona do Charlotte w Karolinie Północnej. Tam planowano budowę kompleksu tenisowego o wartości 400 mln dolarów. Ostatecznie do realizacji takiego scenariusza nie doszło.

     

    Tradycja turnieju w Cincinnati ocalona. Iga Świątek ponownie na liście startowej

     

    Na ratunek pospieszyli mieszkańcy Cincinnati i okolic. To dzięki nim turniej nadal odbywa się w stanie Ohio. Spontanicznie zebrali na ten cel 130 mln dolarów.

     

    Poprzednia edycja odbyła się tradycyjnie w Lindner Family Tennis Center w Mason. W tym roku będzie podobnie. Organizatorzy ponownie spodziewają się na trybunach łącznie ok. 200 tys. kibiców.

     

    Od 2011 roku do rywalizacji przystępują równolegle kobiety i mężczyźni. Na liście startowej nie zabraknie naturalnie Igi Świątek. Polka rozstawiona jest z numerem trzecim, co oznacza, że w pierwszej rundzie ma wolny los.

    Przed rokiem raszynianka dotarła do półfinału, ulegają w tej fazie Arynie Sabalence 3:6, 3:6. Tegoroczna edycja odbędzie się w dniach 5-18 sierpnia. Pula nagród: 9,2 mln dolarów.

  • Polska legenda wzywa Lewandowskiego do odejścia z Barcelony i ucieczki do Arabii Saudyjskiej. Zaczynamy!

    Polska legenda wzywa Lewandowskiego do odejścia z Barcelony i ucieczki do Arabii Saudyjskiej. Zaczynamy!

    „Nie Jest Już Mile Widziany?” Legenda Polskiej Piłki Uderza w Lewandowskiego – Wzywa Go do Natychmiastowego Odejścia z Barcelony i Przeprowadzki do Arabii Saudyjskiej

    Wypowiedź, która wstrząsnęła światem polskiego i hiszpańskiego futbolu – legendarny bramkarz reprezentacji Polski Jan Tomaszewski publicznie wezwał Roberta Lewandowskiego do zakończenia swojej przygody z FC Barceloną. Pomimo imponującej liczby zdobytych bramek i wywalczonych trofeów, Tomaszewski twierdzi, że 36-latek stał się outsiderem w szatni i powinien pójść śladem Cristiano Ronaldo i Karima Benzemy, przenosząc się do ligi saudyjskiej.

    ⚠️ „Nie Jest Zbyt Lubiany” – Tomaszewski Bez Owijania w Bawełnę

    W rozmowie z Super Expressem, cytowanej przez Mundo Deportivo, Tomaszewski nie przebierał w słowach. Były reprezentant Polski przedstawił ponury obraz sytuacji Lewandowskiego w Barcelonie:

    > „Robert powinien już teraz zakończyć swoją przygodę z Barceloną i przenieść się do ‘lżejszego’ klubu w Arabii Saudyjskiej, tak jak zrobili to najlepsi piłkarze świata – z wyjątkiem [Lionela] Messiego,” stwierdził Tomaszewski.

    > „Spójrzmy prawdzie w oczy – to koniec. Robert nie jest zbyt lubiany w drużynie, a najlepsi zawodnicy Barcelony nie podają mu piłki.”

    Te słowa odbiły się szerokim echem zarówno w Polsce, jak i w całej Europie. Czy naprawdę jeden z największych piłkarzy w historii Polski stał się niechciany w szeregach Dumy Katalonii?

    🏆 Wciąż w Wielkiej Formie?

    Mimo zarzutów Tomaszewskiego, statystyki mówią coś zupełnie innego. W ubiegłym sezonie Lewandowski zdobył aż 42 gole we wszystkich rozgrywkach, prowadząc Barcelonę do dubletu – mistrzostwa Hiszpanii oraz triumfu w Pucharze Króla. 36-latek nie daje po sobie poznać oznak spadku formy fizycznej i wielokrotnie podkreślał, że chce dalej grać na Camp Nou, mimo pojawiających się plotek o transferze do Arabii.

    Jednak coraz więcej doniesień wskazuje na napięcia w szatni. Młodsi koledzy z drużyny oraz zmiany taktyczne pod wodzą trenera Hansiego Flicka sprawiły, że Lewandowski bywa coraz bardziej osamotniony na boisku.

    🛫 Transfer do Arabii – Coraz Bardziej Realny?

    Pomysł Tomaszewskiego nie jest pozbawiony podstaw. Saudyjska Pro League w ostatnich latach intensywnie zabiega o wielkie nazwiska, oferując im astronomiczne kontrakty – z powodzeniem przyciągnęła już Neymara, Benzemę i Ronaldo. Choć Lewandowski do tej pory odrzucał takie oferty, obecna sytuacja w Barcelonie może zmusić go do zmiany zdania – zwłaszcza jeśli rzeczywiście jest marginalizowany przez kolegów z drużyny.

    Przenosiny do „lżejszego” klubu, jak ujął to Tomaszewski, mogą kusić doświadczonego napastnika, który zbliża się do 37. urodzin. Może to być ostatnia szansa, by skorzystać z lukratywnej oferty poza Europą.

    ⚽ Co Dalej?

    Lewandowski ma wystąpić w kolejnym meczu sparingowym Barcelony przeciwko południowokoreańskiemu Daegu FC w poniedziałek, a następnie zakończyć przygotowania meczem z włoskim Como w niedzielę. Teraz jednak wszyscy będą obserwować nie tylko jego grę, ale też mowę ciała, interakcje z kolegami i to, czy rzeczywiście jest traktowany jak gwiazda, na jaką zasługuje.

    Czy zostanie i powalczy o miejsce w podstawowym składzie Blaugrany? A może kontrowersyjne słowa Tomaszewskiego staną się początkiem transferowej burzy?

    Jedno jest pewne: saga z Robertem Lewandowskim w roli głównej daleka jest od zakończenia.

     

  • Jakub Kochanowski zachwyca siatkarski świat! Podwójne wyróżnienie i niekończące się słowa uznania

    Jakub Kochanowski zachwyca siatkarski świat! Podwójne wyróżnienie i niekończące się słowa uznania

    Jakub Kochanowski zachwyca siatkarski świat! Podwójne wyróżnienie i niekończące się słowa uznania

    W turnieju przepełnionym światowej klasy talentami to właśnie Polak błyszczał najmocniej — Jakub Kochanowski, niezłomny lider reprezentacji Polski w siatkówce, na zawsze zapisał się na kartach historii. Po porywającym występie w finale Ligi Narodów 2025, w którym Polska rozgromiła Włochów 3:0, Kochanowski sięgnął po nie jedno, lecz dwa najbardziej prestiżowe indywidualne wyróżnienia całego turnieju. A to dopiero początek tej historii.

     

    Gdy zabrzmiał ostatni gwizdek, tablica wyników mówiła jedno — Polska: 3, Włochy: 0. Ale nie oddała w pełni dominacji, ognia i niezrównanego przywództwa jednego człowieka, który był w samym centrum wydarzeń. Jakub Kochanowski nie tylko grał — on zdominował boisko, blokował w kluczowych momentach, zarażał energią i porywał zespół niegasnącym duchem walki.

     

    Kapitan, jakiego świat jeszcze nie widział

     

    Kiedy kibice wybuchli radością, organizatorzy turnieju nie mieli wątpliwości: Kochanowski został uznany nie tylko za najlepszego środkowego, ale też za najbardziej wartościowego zawodnika (MVP) całej Ligi Narodów 2025. Podwójne wyróżnienie, które zaskoczyło nawet najbardziej doświadczonych ekspertów.

     

    > „Fantastyczny kapitan reprezentacji Polski dał przykład — dzięki kluczowym blokom, entuzjastycznym celebracjom i niepowstrzymanej energii przy siatce. Kochanowski był sercem mistrzów” — czytamy w oficjalnym uzasadnieniu.

     

     

     

    To wyjątkowe osiągnięcie dołącza do rosnącej listy nagród, jakie zgarnęła Polska w tym historycznym turnieju. Wcześniej indywidualne wyróżnienia trafiły do Kewina Sasaka i Wilfredo Leona, potwierdzając ogromną siłę tej reprezentacji. Teraz, dzięki sukcesowi Kochanowskiego, jeszcze jedno polskie nazwisko zostało wpisane do Drużyny Marzeń Ligi Narodów.

     

    Nie do zatrzymania od pierwszego gwizdka do ostatniego punktu

     

    Marsz Polski po tytuł był pokazem perfekcji. Pod wodzą trenera Nikoli Grbicia, biało-czerwoni nie stracili ani jednego seta w fazie pucharowej. Najpierw zmiażdżyli Japonii 3:0, potem w równie pewnym stylu pokonali Brazylijczyków 3:0.

     

    A w wielkim finale przeciwko Włochom wszystko zagrało idealnie. Pod olbrzymią presją i przy oczach całego siatkarskiego świata, Kochanowski i jego koledzy zagrali koncertowo. Precyzyjne rotacje, bezbłędne ataki, szczelny blok — i kapitan, który nie pozwolił, by którykolwiek punkt poszedł na marne. To była demonstracja siły.

     

    Narodziny legendy

     

    To trzecie w historii zwycięstwo Polski w Lidze Narodów, a wielu uważa tę drużynę za najmocniejszą w dziejach. Ale choć złoto jest sukcesem zespołowym, to indywidualna postawa Jakuba Kochanowskiego rozbudziła dyskusje na całym świecie. Eksperci mówią wprost: to jeden z najlepszych występów środkowego bloku, jakie widziano w nowoczesnej siatkówce.

     

    Jego zdolność do prowadzenia drużyny pod presją, inspirowania kolegów oraz niesamowita precyzja i konsekwencja sprawiły, że stał się wzorem do naśladowania — nie tylko dla polskich fanów, ale dla miłośników siatkówki na całym globie.

     

    Nowe serce Drużyny Marzeń

     

    Dzięki umieszczeniu Jakuba Kochanowskiego w Drużynie Marzeń Ligi Narodów 2025, przekaz jest jasny: Polska nie jest już tylko pretendentem. Jest wzorem. A w centrum tej drużyny stoi człowiek, który swoją grą i charakterem na nowo zdefiniował, co znaczy być MVP.

     

    Od Warszawy po Tokio, od Rio po Rzym — świat siatkówki patrzy i bije brawo. A Jakub Kochanowski to dziś nie tylko kapitan. To symbol doskonałości, bohater narodowy i imię, które nie zniknie z ust kibiców jeszcze przez długie lata.

     

  • Wielkie wyróżnienie dla polskiego siatkarza! Co za nazwiska

    Wielkie wyróżnienie dla polskiego siatkarza! Co za nazwiska

    Wielkie wyróżnienie dla polskiego siatkarza! Co za nazwiska

    Nieprawdopodobne wyróżnienie dla polskiego siatkarza! Kewin Sasak w gronie absolutnych gwiazd – oto nazwiska, które podbiły Ligę Narodów 2025

     

    To, co wydarzyło się w Lidze Narodów 2025, już teraz przechodzi do historii polskiej siatkówki. Reprezentacja Polski nie tylko zdobyła złoty medal, rozbijając w finale Włochów bez straty seta, ale również doczekała się wielkich wyróżnień indywidualnych. Na samym szczycie listy nagrodzonych znalazł się Kewin Sasak, który został uznany najlepszym atakującym całych rozgrywek!

     

    W poniedziałek świat siatkarski wstrzymał oddech, gdy ogłoszono skład “drużyny marzeń” Ligi Narodów 2025. Na pozycji atakującego nie było żadnych wątpliwości – ten tytuł przypadł właśnie 28-letniemu Sasakowi. Jego forma przez cały turniej była imponująca, ale to półfinał z Brazylią był prawdziwym popisem siły i precyzji – Sasak zdobył aż 19 punktów, będąc kluczową postacią w tym decydującym starciu.

    https://x.com/volleyballworld/status/1952420243340497034

    To jednak nie koniec dobrych wieści dla kibiców znad Wisły. W drużynie turnieju znalazł się również Wilfredo Leon – jeden z najbardziej utalentowanych przyjmujących świata. A tytuł MVP, czyli najbardziej wartościowego zawodnika Ligi Narodów, trafił do środkowego Jakuba Kochanowskiego, który błyszczał zarówno w ofensywie, jak i w bloku.

     

    Międzynarodowa kapituła doceniła również zawodników spoza Polski. W “drużynie marzeń” znaleźli się między innymi włoski przyjmujący Alessandro Michieletto oraz środkowy reprezentacji Słowenii Jan Kozamernik – obaj należeli do ścisłej czołówki turnieju i zachwycali skutecznością oraz charakterem.

     

    Dla Sasaka ten sezon jest prawdziwym przełomem. W barwach Bogdanki LUK Lublin sięgnął po mistrzostwo PlusLigi w sezonie 2024/2025, a teraz jego nazwisko świeci najjaśniejszym blaskiem na międzynarodowej scenie.

     

    Choć do niedawna był postrzegany jako solidny ligowiec, dziś trudno znaleźć eksperta, który nie widziałby w nim przyszłości polskiej siatkówki. Jeśli utrzyma obecną formę, może na długie lata zdominować swoją pozycję nie tylko w reprezentacji, ale i na światowych parkietach.

     

    Kibice mają powody do dumy – Polska znów rządzi w światowej siatkówce. I wszystko wskazuje na to, że to dopiero początek nowej ery dominacjibiało-czerwonych.

     

  • Show Barcelony, a potem to. Nowy “pseudonim” Szczęsnego. Dosadnie o Polaku

    Show Barcelony, a potem to. Nowy “pseudonim” Szczęsnego. Dosadnie o Polaku

    Oszałamiające zakończenie tournée Barcelony przyciąga uwagę, ale to nowy „pseudonim” Szczęsnego kradnie całe show

    Azjatyckie tournée FC Barcelony zakończyło się w spektakularnym stylu – efektownym zwycięstwem 5:0 nad południowokoreańskim Daegu FC. Nagłówki gazet szybko zwróciły uwagę na bohaterów meczu. Robert Lewandowski, po raz kolejny udowadniając swoją klasę, wpisał się na listę strzelców już w pierwszej połowie. Jednak mimo pochwał, jakie spłynęły na niego ze strony hiszpańskich mediów, to Wojciech Szczęsny przyciągnął uwagę kibiców i dziennikarzy swoim zaskakującym nowym „pseudonimem” — choć sam nie miał na to żadnego wpływu.

     

    Po zakończeniu obozów przygotowawczych w Japonii i Korei Południowej, Barcelona wróciła do Hiszpanii w znakomitych nastrojach — nie przegrała żadnego meczu podczas azjatyckiego tournée. Kulminacją było poniedziałkowe widowisko w Daegu, gdzie Barça w pełni zdominowała lokalnych rywali.

     

    Już do przerwy kataloński gigant prowadził 3:0. Gavi zdobył dwie bramki, a jedną dołożył Robert Lewandowski, który w 27. minucie wykończył dokładne dośrodkowanie Gerarda Martina z lewej strony, kierując piłkę do siatki z kilku metrów.

     

    Trener Hansi Flick – zgodnie z dotychczasową strategią rotacji składem – dokonał w przerwie całkowitej zmiany jedenastki. Lewandowskiego zastąpił Marcus Rashford, a Wojciech Szczęsny pojawił się w bramce w miejsce Joana Garcii — który coraz wyraźniej wyrasta na pierwszego golkipera Barcelony.

     

    Reakcje mediów: Pochwały dla Lewandowskiego, pasywna rola Szczęsnego

     

    Po meczu hiszpańskie media dokładnie przyjrzały się występom zawodników Barcelony. Lewandowski otrzymał wysokie noty od dziennika „Sport”, który ocenił go na 7/10 i nazwał „punktualnym”. Podkreślono jego instynkt strzelecki i mobilność:

     

    > „Kolejny gol Polaka, który po precyzyjnym dograniu Gerarda Martina skierował piłkę do siatki. Zawsze starał się znajdować w ‘strefie killera’, wykazując się dużą ruchliwością.”

     

     

     

    Wojciech Szczęsny nie został oceniony równie przychylnie. Otrzymał notę 6/10 i został nazwany przez Sport „widzem” – przydomek, który w zabawny sposób odnosi się do jego biernej postawy na boisku:

     

    > „Miał więcej szczęścia niż Joan Garcia, bo w drugiej połowie przeciwnicy byli wyraźnie zmęczeni i nie potrafili już zagrozić Barcelonie. Szczęsny spędził więcej czasu na oglądaniu niż na działaniu.”

     

     

     

    Także „Mundo Deportivo” doceniło występ Lewandowskiego, zwracając uwagę na jego doświadczenie i kondycję mimo zbliżających się 37. urodzin:

     

    > „Dobrze odczytywał przestrzenie, co świadczy o tym, że wciąż utrzymuje wysoką formę fizyczną, mimo że do jego 37. urodzin zostało już niewiele czasu.”

     

     

     

    Z kolei Szczęsny i w tym dzienniku został zredukowany do roli biernego obserwatora:

     

    > „Taka była jego rola nie tylko w Daegu, ale praktycznie przez całe azjatyckie tournée. Trudno przypomnieć sobie sytuacje, w których był na pierwszym planie.”

     

     

     

    Mimo umiarkowanych ocen, przydomek „widz” szybko zyskał popularność wśród kibiców i wywołał wiele żartobliwych komentarzy. Choć nie oddaje on faktycznego potencjału Szczęsnego, to świetnie ilustruje jego brak pracy między słupkami w trakcie jednostronnych spotkań Barcelony.

     

    Co dalej z Barceloną?

     

    Po zakończeniu przygotowań, FC Barcelona kieruje teraz swoją uwagę na nadchodzący sezon ligowy. Już w niedzielę, 10 sierpnia, zmierzy się z włoskim Como w ramach Pucharu Gampera – to ostatni test przed startem sezonu. Tydzień później zespół z Katalonii rozpocznie obronę mistrzowskiego tytułu w La Liga, wyjazdowym spotkaniem przeciwko Mallorce.

     

  • Robert Lewandowski czaruje! Ależ strzał, zobaczcie tego gola Barcelony

    Robert Lewandowski czaruje! Ależ strzał, zobaczcie tego gola Barcelony

    Robert Lewandowski czaruje! Ależ strzał, zobaczcie tego gola Barcelony

    W poniedziałek Barcelona podczas swojego azjatyckiego tournee zmierzyła się w towarzyskim meczu z Daegu FC. Udany występ zaliczył w tym spotkaniu Robert Lewandowski. Nasz rodak wykorzystał świetną okazję i strzelił drugiego gola w tym sezonie. Tylko spójrzcie na tę akcję.

     

    Jasne było, że Barcelona będzie faworytem w starciu z południowokoreańską ekipą Daegu FC. I od samego początku zespół prowadzony przez Hansiego Flicka potwierdzał to także na murawie. W 22. minucie pierwsze trafienie zanotował Gavi, a zaledwie kilka minut później na listę strzelców wpisał się Robert Lewandowski.

     

    Świetna akcja Barcelony i ten gol Roberta Lewandowskiego! Tylko na to spójrzcie

    W 27. minucie jeden z piłkarzy Blaugrany przeprowadził świetną akcję skrzydłem, dograł piłkę w pole karne, a tam znajdował się polski napastnik. Lewandowski dołożył nogę, oddał pewny, celny strzał i futbolówka wpadła do siatki. To już drugie trafienie naszego rodaka w tym sezonie, bo poprzednie zanotował w spotkaniu z FC Seoul.

    https://x.com/FCBarcelona/status/1952339831020765412

    “On. Zawsze. Strzela” — podsumowała akcję Lewandowskiego Barcelona w swoich mediach społecznościowych. Należy wyjaśnić, że napastnik opuścił murawę w 45. minucie, bo Flick — jak ma to w zwyczaju w spotkaniach towarzyskich — wymienił cały skład na drugą połowę meczu. Po pierwszej odsłonie Duma Katalonii prowadziła 3:0.

     

  • „Nawet nie byłam blisko perfekcji” – Iga Świątek przerywa milczenie po szokującej porażce w Montrealu

    „Nawet nie byłam blisko perfekcji” – Iga Świątek przerywa milczenie po szokującej porażce w Montrealu

    „Nawet nie byłam blisko perfekcji” – Iga Świątek przerywa milczenie po szokującej porażce w Montrealu

    To była noc, która wstrząsnęła światem tenisa i zaskoczyła fanów na całym świecie. Iga Świątek – jedna z najbardziej dominujących postaci w kobiecym tenisie – odpadła w niespodziewany sposób z turnieju WTA 1000 w Montrealu. Polska gwiazda, która niedawno zachwyciła wszystkich triumfem na Wimbledonie, tym razem musiała uznać wyższość reprezentantki Danii, Clary Tauson, przegrywając 6:7(1), 3:6.

    A po meczu Świątek nie owijała w bawełnę.

    „Na pewno nie grałam tu idealnie” – Świątek szczerze o własnych błędach

    W szczerej rozmowie po spotkaniu Iga Świątek przyznała wprost, że była świadoma swoich słabości podczas występu w Kanadzie.

    > – Na pewno nie grałam tu idealnie – przyznała. – W tie-breaku popełniłam zdecydowanie za dużo błędów. W drugim secie Clara złapała rytm, a ja nie potrafiłam poradzić sobie z własnymi problemami. Zbyt często myliłam się przy piłkach, które powinnam była spokojnie odebrać.

    Te słowa, opublikowane na oficjalnej stronie turnieju, pokazują wyjątkową samoświadomość byłej liderki światowego rankingu, obecnie zajmującej trzecie miejsce na świecie.

    Już w trzecim gemie meczu Świątek została przełamana. Choć zdołała odrobić stratę i doprowadzić do tie-breaka, w decydującym momencie zupełnie się pogubiła, zdobywając zaledwie jeden punkt.

    Powrót na korty twarde po chwale Wimbledonu nie był łatwy

    Dla Świątek był to pierwszy występ turniejowy od czasu zwycięstwa na Wimbledonie – i było to widoczne. Chociaż w pierwszej rundzie miała wolny los, a potem wygrała z Chinką Guo Hanyu i Niemką Evą Lys, nie wyglądała na w pełni komfortową na twardych kortach Ameryki Północnej.

    > – Nadal czuję, że muszę się przyzwyczaić do kortów twardych – powiedziała. – Te mecze były w pewnym sensie okazją do ponownego nauczenia się tej nawierzchni. Mam wrażenie, że popełniałam te same błędy co w marcu, podczas ostatniego startu na hardzie.

    Jej szczerość odsłoniła prawdę: nawet najlepsi potrzebują czasu, by odnaleźć się po zmianie nawierzchni. Trawa Wimbledonu wydawała się bardziej naturalna, podczas gdy akryl Montrealu obnażył techniczne niedoskonałości i chwilową niestabilność formy Polki.

    Zaskakująca zamiana ról: Świątek i Tauson

    Nie sposób nie zauważyć ironii tego wyniku. Zaledwie kilka tygodni temu na Wimbledonie Świątek łatwo pokonała Clarę Tauson w 1/8 finału. Wtedy Dunka miała problemy z oddychaniem i nie mogła zagrać na swoim najwyższym poziomie.

    Tym razem role się odwróciły.

    > – Pokonanie jej po porażce na Wimbledonie dwa tygodnie temu to oczywiście wspaniałe uczucie – przyznała po meczu Tauson. – Wtedy nie czułam się dobrze, choć do tamtego momentu grałam solidnie. Pomyślałam, że jeśli uda mi się utrzymać wysoki poziom, to mam szansę.

    I rzeczywiście – udało się. Tauson, obecnie 19. w rankingu WTA i rozstawiona w Montrealu z numerem 16, nie tylko pokonała Świątek, ale zdeklasowała ją psychicznie i fizycznie. Choć wcześniejsze dwa spotkania między nimi wygrywała Polka, to Dunka po raz pierwszy odniosła zwycięstwo w ich bezpośredniej rywalizacji na poziomie WTA.

    Co dalej dla Świątek – i z kim zmierzy się Tauson?

    Po wyeliminowaniu Świątek, droga w drabince otwiera się przed Tauson, która w ćwierćfinale zmierzy się z Amerykanką Madison Keys. Rozstawiona z szóstką Keys przeżyła prawdziwy thriller, broniąc dwóch piłek meczowych i pokonując Czeszkę Karolinę Muchovą 4:6, 6:3, 7:5.

    Co do Świątek – przed nią czas na refleksję i regenerację przed zbliżającym się US Open. Ta porażka to bolesne, ale potrzebne przypomnienie, że nawet największe gwiazdy mogą się potknąć – zwłaszcza gdy próbują odnaleźć formę po euforii związanej z wielkoszlemowym triumfem.

    Jednak to właśnie samoświadomość i brutalna szczerość mogą okazać się jej największymi atutami. Świątek może wrócić z Montrealu bez trofeum, ale na pewno nie bez nauki – a świat tenisa wie doskonale, że Igi Świątek nigdy nie wolno skreślać

    zbyt szybko. Źródło: Polska Agencja Prasowa (PAP)