Author: unoh

  • Żałobny wpis Wojciecha Szczęsnego. Pożegnał legendę

    Żałobny wpis Wojciecha Szczęsnego. Pożegnał legendę

    Żałobny wpis Wojciecha Szczęsnego. Pożegnał legendę

    W  czwartek 10 kwietnia podano, że Leo Beenhakker, jeden z najbardziej znanych piłkarskich trenerów w historii piłki nożnej, nie żyje. Śmierć byłego selekcjonera reprezentacji Polski poruszyła piłkarski świat, a w mediach społecznościowych żegnali go dziennikarze i piłkarze. Wojciech Szczęsny był jednym z nich.

     

    Leo Beenhakker nie żyje. Świat piłki w żałobie

    Leo Beenhakker zmarł w wieku 82 lat, jak podała holenderska telewizja NOS. Doniesienia o śmierci legendarnego szkoleniowca potwierdziła też jego rodzina. W ostatnim czasie Beenhakker zmagał się z chorobą i nie opuszczał domu. Nie podawano jednak informacji na temat tego, że czym się mierzył.

     

    Wojciech Szczęsny pożegnał Leo Beenhakkera

    Dla wielu Beenhakker był jednym z najlepszych selekcjonerów w historii reprezentacji Polski. Był podziwiany i szanowany. Uważano go za wielkiego profesjonalistę. To za jego kadencji w kadrze zadebiutował Robert Lewandowski. Jego zaufanie zdobył też Wojciech Szczęsny, którego wprowadził do reprezentacji.

     

    Wojciech Szczęsny pierwszy raz w reprezentacji pojawił się za kadencji Beenhakkera na zgrupowaniu przed Euro 2008, miał wówczas 18 lat. Nie zadebiutował jednak, gdy Holender rządził w kadrze. Szansę dał mu Franciszek Smuda w meczu z Kanadą w 2009 r.

     

    “Leo Beenhakker. Naprawdę wspaniały i uczciwy człowiek, niech spoczywa w pokoju” – napisał bramkarz Barcelony na swoim Instastories.

  • “Żeby mówić o Robercie Lewandowskim, trzeba wstać”. Trio, które odleciało Europie

    “Żeby mówić o Robercie Lewandowskim, trzeba wstać”. Trio, które odleciało Europie

    “Żeby mówić o Robercie Lewandowskim, trzeba wstać”. Trio, które odleciało Europi

     

    “Żeby mówić o Robercie Lewandowskim, trzeba wstać” — pisze “Mundo Deportivo”, ale to dopiero początek komplementów, którymi obsypują go Hiszpanie. Z Polakiem na czele ofensywa FC Barcelona nie ma sobie równych. Europa może tylko spoglądać z zazdrością.

     

    W pierwszym z ćwierćfinałowych meczów Ligi Mistrzów FC Barcelona pokonała Borussię Dortmund 4:0, a do bramki rywali trafiali dwukrotnie Robert Lewandowski, Raphinha i Lamine Yamal, czyli główny tercet FC Barcelona w ofensywie.

     

    Liczby wykręcane przez tę trójkę są wręcz imponujące. Łącznie zdobyli w tym sezonie 82 gole. Prym wiedzie oczywiście Robert Lewandowski ze swoimi 40 trafieniami. Hiszpanie piszą o “zabójczym instynkcie” Polaka. “Kiedy piłkarz w jego wieku może pochwalić się większą liczbą strzelonych bramek niż ma lat w paszporcie, to kwalifikatory są zbędne” — czytamy.

     

    Kroku dotrzymują mu koledzy z zespołu. Raphinha strzelił w tym sezonie 28 bramek, natomiast zdecydowanie młodszy Lamine Yamal — 14.

     

    Europa spogląda z zazdrością

    Na kataloński tercet z zazdrością mogą patrzeć inne wielkie europejskie marki. Kiedy do Realu Madryt dołączał Kylian Mbappe, wydawało się, że to właśnie ta drużyna będzie niedoścignionym wzorem w kwestii ataku. Tymczasem Francuz (32), razem z Viniciusem (19) i Rodrygo (13) mają na swoim koncie “zaledwie” 64 bramki, tyle samo co PSG z Dembele (32), Barcolą (18) i Goncalo Ramosem (14).

     

    O jedno trafienie więcej zanotował tercet Bayernu w składzie Harry Kane (34), Musiala (18) oraz Olise (13). Najlepsza trójka Liverpoolu na czele z Mohamedem Salahem (32) zanotowała w tym sezonie 62 trafienia, natomiast Atletico Madryt 55.

     

    Łącznie w tym sezonie Barca zdobyła już 145 goli, a w Katalonii liczą na pobicie rekordu z sezonu 2011/12. Drużyna Pepa Guardioli strzeliła wówczas 190 goli w 64 meczach.

  • Brawo Katarzyna! Kawa odwróciła losy meczu

    Brawo Katarzyna! Kawa odwróciła losy meczu

    Brawo Katarzyna! Kawa odwróciła losy meczu

    Katarzyna Kawa dała reprezentacji Polski pierwszy punkt w starciu ze Szwajcarią w Pucharze Billie Jean King. Nasza tenisistka pokonała Jil Teichmann 5:7, 6:4, 6:2.

     

    Na czwartek zaplanowane zostało spotkanie Polski ze Szwajcarią w ramach kwalifikacji do turnieju finałowego Pucharu Billie Jean King. W singlu Dawid Celt posłał do boju Katarzynę Kawę i Magdę Linette.

     

    Pierwszy punkt w tej rywalizacji zdobyły Biało-Czerwone. Mimo że Kawa w premierowej odsłonie musiała uznać wyższość Jil Teichmann, to w kolejnych setach zaprezentowała się lepiej i zwyciężyła 5:7, 6:4, 6:2.

     

    W pierwszej partii Teichmann mogła szybko przełamać, ale Kawa obroniła break pointa. W siódmym gemie to nasza tenisistka wypracowała okazję i ją wykorzystała, dzięki czemu wyszła na prowadzenie (4:3).

     

    Po utrzymaniu podania w dziesiątym gemie serwowała na zakończenie seta, ale wówczas nawet nie zapunktowała. Znakomity fragment zanotowała z kolei Teichmann, która z wyniku 3:5 doprowadziła do 7:5. Partię zakończyła drugim przełamaniem, wykorzystując drugiego z setboli.

     

    Na początku kolejnej odsłony meczu Polka tak samo, jak wcześniej obroniła break pointa. Chwilę później po zaciętym boju zanotowała przełamanie, wykorzystując trzecią z okazji. Tyle tylko, że Szwajcarka momentalnie odrobiła stratę.

     

    Ponownie jednak Kawa była w stanie wyjść na prowadzenie 5:3, wykorzystując szansę na przełamanie w siódmym gemie. Tym razem jednak nie zawiodła w momencie, gdy wypracowała piłkę setową i zwyciężyła 6:4, doprowadzając do decydującej partii.

     

    W niej z kolei Polka od początku prezentowała się lepiej. Wystarczy powiedzieć, że po trzech gemach prowadziła 3:0, mając na koncie dwa przełamania. Wówczas jednak Teichmann odrobiła część strat i pokazała, iż nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

     

    Tak samo, jak na początku seta Kawa była jednak w stanie wygrać trzy gemy z rzędu. W siódmym zanotowała przełamanie na 5:2, by chwilę później wypracować trzy piłki meczowe i wykorzystać drugą z nich.

     

    Tym samym jeżeli Magda Linette pokona Viktoriję Golubić, to Polska zwycięży w starciu ze Szwajcarią.

     

    Polska – Szwajcaria, Radomskie Centrum Sportu, Radom (Polska)

    Kwalifikacje do turnieju finałowego, kort ziemny w hali

    czwartek, 10 kwietnia

     

    Gra 1.: Katarzyna Kawa – Jil Teichmann 5:7, 6:4, 6:2

    Gra 2.: Magda Linette – Viktorija Golubić

    Gra 3.: Martyna Kubka / Magda Linette – Susan Bandecchi / Celine Naef

  • Po 4:0 z Borussią Lewandowski wypalił szczerze nt. Yamala. Poszło w świat

    Po 4:0 z Borussią Lewandowski wypalił szczerze nt. Yamala. Poszło w świat

    Po 4:0 z Borussią Lewandowski wypalił szczerze nt. Yamala. Poszło w świa

     

    – Nigdy nie spotkałem się z czymś takim w jego wieku – mówił Robert Lewandowski po meczu z Borussią Dortmund (4:0) w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Te słowa dotyczyły Lamine’a Yamala i jego ogromnej dojrzałości, którą prezentuje, mając zaledwie 17 lat. Ta dojrzałość dotyczy m.in. formy i umiejętności, jakimi popisuje się nie murawie. Polak wyjaśnił też, dlaczego nie wspiera młodego Hiszpana w jednym szczególnym dla niego momencie.

     

    Środowy wieczór był niemal perfekcyjny w wykonaniu piłkarzy Hansiego Flicka. FC Barcelona rozgromiła Borussię Dortmund aż 4:0, a absolutnym bohaterem spotkania został Robert Lewandowski. Polak ustrzelił dublet, dzięki czemu przeszedł do historii Ligi Mistrzów. Żaden inny piłkarz nie strzelił po 10 goli w sezonie w tych rozgrywkach dla trzech różnych klubów, a 36-latek tego dokonał. Ale bohaterów tego wieczoru było więcej. Na wyróżnienie zasłużył też Lamine Yamal. Hiszpan znów błysnął, wpisał się na listę strzelców i przypieczętował wynik.

     

    Lewandowski chwali Yamala. “To, co robi, jest niesamowite”

    I właśnie Yamal był jednym z tematów pomeczowych rozmów Roberta Lewandowskiego z mediami. Dziennikarze pytali Polaka m.in. o to, jak to jest dzielić szatnię z tak młodym talentem. Napastnik nie hamował się i po raz kolejny skomplementował kolegę, wskazując jego mocne strony.

     

    – Prawdę mówiąc, to, co robi, jest niesamowite, patrząc na jego wiek. Gra tak, jakby miał 25 lat – zaczął Polak, cytowany przez kataloński “Sport”. – Są takie sytuacje, że po meczu zwraca nam uwagę, co moglibyśmy zmienić, a także co on mógłby zmienić. Nigdy nie spotkałem się z czymś takim w jego wieku. Nigdy nie widziałem, by zawodnik w jego wieku tak rozumiał piłkę nożną. To niesamowite. I mimo różnicy wieku, która między nami istnieje, bardzo dobrze się rozumiemy – dodawał.

     

    Choć Lewandowski cieszy się z każdej bramki Yamala, to zazwyczaj nie dołącza do dość specyficznej celebracji po niej. Hiszpan zazwyczaj tańczy na boisku. Dlaczego Polak nie zdecydował się jak dotąd wesprzeć kolegi w tej szczególnej chwili?

     

    – Nie robię tego, bo on nie ma jeszcze 18 lat. Poczekamy, aż stanie się pełnoletni i wtedy gdzieś razem wyjdziemy. Ale zakomunikowałem mu już: “Lamine, powinniśmy poczekać, aż skończysz 18 lat i wtedy może wyjdziemy gdzieś razem, by potańczyć” – żartował Lewandowski.

     

    Takiego tercetu ofensywnego Barcelona dawno nie miała

    Nie ma wątpliwości, że trio ofensywne Barcelony jest jednym z najbardziej skutecznych nie tylko w Lidze Mistrzów, ale i we wszystkich europejskich rozgrywkach. W tym sezonie Raphinhi, Lewandowskiemu i Yamalowi udało się zdobyć już 80 goli – dokładnie połowa z nich to dzieło Polaka, 28 zdobył Brazylijczyk, a pozostałe 14 Hiszpan.

     

    To trio wydaje się wręcz nie do zatrzymania i Borussia przekonała się o tym na własnej skórze. Już na wstępie wspominaliśmy, że bramki w środowym spotkaniu zdobyli Lewandowski i Yamal, ale pierwsze trafienie w tym meczu było autorstwa Raphinhi. Kolejną szansę na gole w Lidze Mistrzów, będą mieli już we wtorek 15 kwietnia. Tego dnia rozegrany zostanie rewanż w ćwierćfinale z Borussią.

  • ‎Zaskakujące doniesienia ze Stuttgartu. Świątek jest, zniknęła jej pogromczyni

    ‎Zaskakujące doniesienia ze Stuttgartu. Świątek jest, zniknęła jej pogromczyni

    ‎Zaskakujące doniesienia ze Stuttgartu. Świątek jest, zniknęła jej pogromczyn

    ‎

    ‎Kibice odliczają już dni do powrotu Igi Świątek na korty ziemne – stanie się to w przyszłą środę lub czwartek w Stuttgarcie, w drugiej rundzie turnieju WTA 500. I choć pierwotnie chęć gry w tej ciekawej imprezie, w której główną nagrodą jest najnowszy model porsche, zgłosiło aż osiem z dziesięciu najlepszych zawodniczek świata, to dziś już sytuacja wygląda trochę inaczej. Właśnie z listy startowej zniknęły dwa kolejne nazwiska, w tym tenisistki, która jako ostatnia pokonała Igę na mączce.

    ‎

    ‎Iga Świątek mogła swoje pierwsze mecze na kortach ziemnych rozegrać w Radomiu, ale ostatecznie nie wystąpi w turnieju kwalifikacyjnym Pucharu Billie Jean King. Kapitan Biało-Czerwonych Dawid Celt musi więc wybierać z grona: Mada Linette – Maja Chwalińska – Katarzyna Kawa – Martyna Kubka. O ile w starciu ze Szwajcarią Polki nie stoją na straconej pozycji, to pokonać w piątek Ukrainę będzie bardzo trudno. Rywalki są w Polsce w bardzo mocnym składzie: Elina Switolina, Marta Kostiuk oraz siostry Ludmyła i Nadija Kiczenok w rywalizacji deblowej.

    ‎

    ‎I to one będą faworytkami do gry w listopadowych finałach.

    ‎

    ‎Iga zaś w przyszłym tygodniu zacznie sezon na mączce w swoim ulubionym miejscu, czyli w Stuttgarcie. Wygrała tam już dwukrotnie, w poprzednim roku dotarła do półfinału. A w nim przegrała z Jeleną Rybakiną, której w tym roku zabraknie w stawce. Tenisistka z Kazachstanu zdecydowała się bowiem grać w Pucharze Billie Jean King, ale jej reprezentacja nie gra w Europie, a w Brisbane. I do gry turniejowej wróci dopiero w Madrycie.

    ‎

    ‎Mistrzyni olimpijska z Paryża nie zagra jednak w Stuttgarcie. Qinwen Zheng wycofała się z powodu kontuzji

    ‎

    ‎W poprzednim sezonie Iga przegrała tylko dwa spotkania na mączce: właśnie z Rybakiną w Stuttgarcie, a później z Qinwen Zheng, także w półfinale, ale na obiektach Rolanda Garrosa w Paryżu. Dokładniej zaś – w turnieju olimpijskim. Chinka z Paryża przywiozła złoto, Polka zaś brąz. Mistrzyni olimpijska była na liście startowej Porsche Tennis Grand Prix, planowała występ w Niemczech przed ważniejszym turniejem w Madrycie. Tyle że jej nazwisko zniknęło z listy startowej i już wiadomo, o jest powodem.

    ‎

    ‎Zheng doznała kontuzji łokcia podczas turnieju w Charleston – w przegranym meczu 1:6, 4:6 z Jekateriną Aleksandrową. Sytuacja wyglądała poważnie, Chinka kilka razy prosiła o przerwę medyczną, ale mecz dokończyła. I okupiła to urazem. A jak poważnym, przekonamy się już wkrótce.

    ‎

    ‎Z drabinki zniknęło też nazwisko Ons Jabeur – półfinalistka ze Stuttgartu z 2023 roku, wtedy przegrała po kreczu z Igą Świątek, cieszyła się ewentualną grą w Niemczech zaledwie kilka dni. Wcześniej była na liście rezerwowej, ale po wycofaniu się Pauli Badosy i Barbory Krejcikovej, wskoczyła do grona uczestniczek razem z Martą Kostiuk. Tyle że też jest kontuzjowana, wróci do rywalizacji albo w Madrycie, albo dopiero w Rzymie.Ukrainka będzie bronić tu punktów za zeszłoroczny występ w finale, przegrała wtedy z Rybakiną.

    ‎

  • Puchar Billie Jean King. Polska – Szwajcaria. Gdzie obejrzeć?

    Puchar Billie Jean King. Polska – Szwajcaria. Gdzie obejrzeć?

    Puchar Billie Jean King. Polska – Szwajcaria. Gdzie obejrzeć?

    Pora na rywalizację polskich tenisistek w Radomiu, gdzie będą grały o awans do finałów Billie Jean King Cup, które odbędą się w chińskim Shenzhen. Pierwszy mecz Polki rozegrają w czwartek z reprezentacją Szwajcarii. Transmisja rywalizacji Polska – Szwajcaria w Polsacie Sport 1 i online na Polsat Box Go. Początek o 15:00.

     

    W Radomiu wystąpią w sumie trzy reprezentacje – Polska, Szwajcaria i Ukraina. Wszystkie mają jasny cel – walka o pierwszą pozycję w grupie, która daje awans do finałów Billie Jean King Cup. Pewne jest, że nasze tenisistki zagrają w osłabionym składzie. Kibice nie będą mogli oglądać na korcie naszej najlepszej zawodniczki Igi Świątek oraz Magdaleny Fręch. Tym samym kapitan naszej kadry Dawid Celt będzie miał do dyspozycji: Magdę Linette, Katarzynę Kawę, Maję Chwalińską i Martynę Kubkę.

     

    Pierwszy mecz nasze reprezentantki zagrają w czwartek 10 kwietnia ze Szwajcarkami. Przypomnijmy, że również one nie będą mogły liczyć na wsparcie swojej liderki – Belindy Bencić, która kilka dni temu poinformowała za pośrednictwem swoich mediów społecznościowych o wycofaniu się z rywalizacji.

     

    Dodajmy, że polskie tenisistki w zeszłym roku zagrały w finałach tej imprezy, które odbyły się w hiszpańskiej Maladze. Wówczas odpadły dopiero w półfinale, w którym lepsze od nich okazały się przyszłe triumfatorki – Włoszki.

     

    Polska – Szwajcaria. Transmisja TV i stream online

    Kiedy spotkanie Polska – Szwajcaria? Mecz Polska – Szwajcaria zostanie rozegrany w czwartek 10 kwietnia. Początek rywalizacji Polek ze Szwajcarkami od 15:00. Transmisja w Polsacie Sport 1 i online na Polsat Box Go.

     

    Przejdź na Polsatsport.pl

    Puchar Billie Jean King: kto wygra 10.04?

  • Musi zastąpić Świątek, przyjaźnią się od dziecka. Jeszcze niedawno walczyła z ciężką chorobą

    Musi zastąpić Świątek, przyjaźnią się od dziecka. Jeszcze niedawno walczyła z ciężką chorobą

    Musi zastąpić Świątek, przyjaźnią się od dziecka. Jeszcze niedawno walczyła z ciężką chorobą

    Maja Chwalińska znalazła się w kadrze reprezentacji Polski na eliminacje do finału Billie Jean King Cup. Z udziału w imprezie zrezygnowała natomiast jej bliska przyjaciółka Iga Świątek. Panie jeszcze w czasach juniorskich odnosiły wspólnie ogromne sukcesy i wiele wskazywało na to, że brylować będą także jako seniorki. Niestety, karierę Chwalińskiej przerwała depresja, na którą młoda tenisistka chorowała przez kilka lat.

     

    W czwartek 10 kwietnia reprezentacja Polski rozpocznie walkę o awans do finału Billie Jean King Cup. W składzie “Biało-Czerwonych” tym razem zabrakło Igi Świątek, która postanowiła w tym czasie oczyścić umysł po ostatnich intensywnych miesiącach i przygotować się do sezonu na mączce. Z gry dla reprezentacji zmuszona była zrezygnować także Magdalena Fręch, która doznała urazu nadgarstka i nie byłaby w stanie zaprezentować swojej najlepszej formy na korcie. W Radomiu zobaczymy natomiast Magdę Linette, Maję Chwalińską, Katarzynę Kawę oraz Martynę Kubkę. Co ciekawe, jedna z pań jeszcze jakiś czas temu była bliska zakończenia kariery z powodu ogromnych problemów ze zdrowiem psychicznym. Ostatecznie jednak miłość do tej dyscypliny okazała się silniejsza, a dziś Polka zachwyca na kortach na całym świecie.

     

    Maja Chwalińska nadzieją na awans Polski do finału Billie Jean King Cup. A jeszcze kilka lat temu walczyła z depresją

     

    Maja Chwalińska już od najmłodszych lat pokazywała, że ma zadatki na gwiazdę tenisa. Pierwszy raz o Polce zrobiło się głośno w 2015 roku, kiedy to wraz z reprezentacją naszego kraju sięgnęła ona po mistrzostwo Europy do lat 14. W tym samym roku w jej życiu pojawiła się Iga Świątek. Panie od razu złapały dobry kontakt i zostały bliskimi przyjaciółkami. Wspólnie sięgnęły po mistrzostwo Europy młodziczek, a następnie ten sam tytuł zdobyły także w kategorii kadetów. Ich największym wspólnym sukcesem z tamtego okresu pozostaje jednak występ w finale w Australian Open w grze podwójnej dziewcząt. Polska para musiała wówczas uznać wyższość kanadyjskiego duetu Bianca Andreescu – Carson Branstine.

     

    W 2017 roku Chwalińska rozpoczęła karierę zawodową i wielu ekspertów wróżyło jej wówczas świetlaną przyszłość w tenisie. Niestety, w czerwcu 2021 roku młoda Polka niespodziewanie poinformowała kibiców o zawieszeniu sportowej kariery. Jak się wówczas okazało, decyzję tę tenisistka podjęła ze względu na depresję, na którą zachorowała półtora roku wcześniej.

     

    “Ostatnie 2 lata były dla mnie bardzo trudne. Miałam wiele problemów zdrowotnych, przez co wycofywałam się z turniejów lub kreczowałam mecze. Te kilkanaście ostatnich miesięcy jest dla mnie ciężkie również pod kątem psychicznym. Od końca 2019 roku choruję na depresję” – wyjawiła wówczas za pośrednictwem mediów społecznościowych.

     

    Tenisistka w trakcie walki z depresją mogła liczyć na wsparcie. Jej przyjaciel od razu zaczął szukać dla niej pomocy

     

    Sama tenisistka nie wypowiadała się zbyt często na temat swojej choroby. W rozmowie z “Super Expressem” w 2022 roku niespodziewanie głos zabrał jednak menedżer i bliski przyjaciel zawodniczki, Piotr Szczypka. Mężczyzna opowiedział o kulisach batalii, jaką wówczas toczyła Chwalińska. “Wiedziałem, że dzieje się z nią coś złego. Była smutna, nic jej nie cieszyło. Gdy opisała to wszystko w internecie i rozmawialiśmy na ten temat, to były naprawdę trudne chwile. Ale od razu zaczęła myśleć, jak znaleźć innych fachowców. Już wcześniej współpracowała z psychologami, ale to była rzadka usługa i nie dawała takich efektów. Wtedy zająłem się szukaniem dla niej pomocy i nigdy w nią nie zwątpiłem. Wiedziałem, że ma nieprzeciętny talent. Przez całe życie było trzeba odciągać ją od pracy, bo miała zaplanowaną każdą sekundę. W tym wieku ciężko jest wytrzymać taki profesjonalizm” – oznajmił.

     

    Mai Chwalińskiej ostatecznie udało się wygrać walkę z depresją i po paru miesiącach powróciła do treningów i udziału w rywalizacji. Od tamtej pory coraz lepiej radzi sobie na arenie międzynarodowej, a w kolejnych dniach swoje umiejętności zaprezentuje przed polską publicznością podczas eliminacji do finału Billie Jean King Cup w Radomiu. W czwartek Polska zagra ze Szwajcarią. Transmisja z tego spotkania w Polsacie Sport 1 i online na Polsat Box Go. Początek o 15:00. Relację “na żywo” śledzić będzie można również na stronie Interii.

  • Problemy Hurkacza. Polak wycofał się z kolejnego turnieju

    Problemy Hurkacza. Polak wycofał się z kolejnego turnieju

    Problemy Hurkacza. Polak wycofał się z kolejnego turniej

     

    Znów napływają złe wieści ze świata tenisa. Wciąż nie wiadomo, kiedy Hubert Hurkacz wróci na kort. Polak zdecydował się wycofać z rywalizacji w turnieju rangi ATP 500 w Monachium. To już trzecie z rzędu zawody w głównym cyklu, w których wrocławianin nie weźmie udziału.

     

    Najpierw Miami, potem Monte Carlo, a teraz Monachium. Jaki jest wspólny mianownik wszystkich tych turniejów? Odpowiedź brzmi – Hubert Hurkacz. Polak boryka się z ciągłymi problemami zdrowotnymi, a jego występy w ostatnich tygodniach są pod dużym znakiem zapytania. Ze zmagań na Florydzie wycofał się, informując o problemach z dolną częścią pleców, natomiast w przypadku Monte Carlo nie wiadomo do końca, jaki był powód rezygnacji.

     

    “Podjąłem decyzję o opuszczeniu turnieju w Monachium. Ostatnio bardzo intensywnie pracowałem, aby osiągnąć oczekiwane rezultaty, i widzę już jej efekty. Chcę wrócić na kort w pełni zdrowy, pewny siebie i gotowy do rywalizacji. Jestem coraz bliżej tego celu i już niedługo ponownie zobaczycie mnie w akcji. Dziękuję za Wasze wsparcie – zawsze mnie motywujecie” – czytamy na mediach społecznościowych Hurkacza.

     

    Przypomnijmy, że nasz najlepszy tenisista w związku z nieobecnością w zawodach nieustannie traci punkty w rankingu ATP. W Monako bronił punktów za zeszłoroczne dojście do 1/8 finału, a dodatkowo stracił kolejne za brak obrony tytułu w portugalskim Estoril, gdzie w 2024 roku sięgnął po końcowy triumf.

     

    W efekcie Hurkacz spadł na 26. pozycję. Na ten moment Polak jest zgłoszony do rywalizacji w Madrycie i Rzymie. Oba te turnieje są sklasyfikowane jako “tysięczniki”.

     

    Warto dodać, że oprócz wrocławianina w Bawarii kibice nie zobaczą także Taylora Fritza. Amerykanin, podobnie jak Hurkacz, nie bierze udziału w zmagań na mączce w Monte Carlo. Miejsce Hurkacza i Fritza w głównej drabince BMW Open 2025 zajmą doświadczony Belg David Goffin oraz młody Czech Jakub Mensik

  • Historia niczym z bajki. Coś takiego prędko się nie powtórzy [OPINIA]

    Historia niczym z bajki. Coś takiego prędko się nie powtórzy [OPINIA]

    Historia niczym z bajki. Coś takiego prędko się nie powtórzy [OPINIA]

    Żyjemy w czasach, które prawdopodobnie prędko nie wrócą. Robert Lewandowski pisze piękną historię, a Wojciech Szczęsny odgrywa rolę, której nie wymyśliłby najlepszy scenarzysta na świecie.

     

    Kiedyś zachwycaliśmy się, gdy Andrzej Niedzielan strzelił gola dla NEC Nijmegen albo Maciej Żurawski “ukąsił” w barwach Celtiku. Nie byliśmy piłkarską potęgą – delikatnie rzecz ujmując.

     

    Dziś możemy usiąść w fotelu w środowy wieczór i obserwować, jak dwóch Polaków gra w wyjściowym składzie FC Barcelony w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.

     

    Wprawdzie Wojciech Szczęsny miał raczej spokojne 90 minut, bo Serhou Guirassy przypominał przypadkowego gościa, który wpadł na mecz prosto z 8-godzinnej zmiany w innej pracy, ale już o Robercie Lewandowskim będzie mówiło się sporo.

     

    Kapitan reprezentacji Polski rozegrał swój 131. mecz w Lidze Mistrzów. I strzelił 104. i 105. gola w tych rozgrywkach (—–> ZOBACZ).

     

    Przy okazji zapisał się w historii. Po raz czwarty w karierze zdobył 10 lub więcej bramek w jednym sezonie Ligi Mistrzów. Tylko Cristiano Ronaldo i Lionel Messi mogą pochwalić się lepszym wynikiem.

     

    Stworzył go na nowo Hansi Flick. 45 meczów w tym sezonie i 40 strzelonych goli. Liczby kosmiczne, biorąc pod uwagę, że mówimy o 36-letnim zawodniku, którego w poprzednim sezonie spore grono osób wysyłało na emeryturę.

     

    Aż żal, że jest bliżej niż dalej końca kariery. Takie są fakty. Metryki się nie oszuka. “Lewy” przeżywa drugą młodość, a przy takiej grze Barcy (Borussia została w środę zmieciona z planszy 4:0 – przyp. red.) całkiem realne jest przecież zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Nic dziwnego, że był żegnany owacją na stojąco, gdy opuszczał boisko na 10 minut przed końcem spotkania.

     

    Wspomniany wcześniej Szczęsny też będzie miał o czym opowiadać wnukom. Latem zakończył karierę, leżał na kanapie, a tu nagle los sprawił, że trafił do Barcelony i ma szansę na kilka trofeów (w tym to najcenniejsze w futbolu). Historia nie z tej ziemi. I pewnie prędko coś podobnego się nie powtórzy. A przynajmniej nie w kontekście polskiego zawodnika. Najlepszy scenarzysta na świecie nie wymyśliłby takiej roli.

     

    Żyjemy w pięknych czasach dla polskiego kibica. Cieszmy się i doceniajmy, bo jest bardzo mała szansa, że jeszcze kiedykolwiek będzie nam to dane…

     

    Flick wszedł do Barcelony z buta.

     

    Polscy trenerzy często powtarzają, że potrzebują czasu, a na początku ich pracy czują się jak na placu budowy.

     

    Problem pojawia się w momencie, kiedy prezesi tych klubów są niecierpliwi i często zmieniają trenerów. Wtedy budowa trwa non stop, a chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, że jeśli co chwilę zmienia się koncepcję i zaczyna od początku, to ciężko o uzyskanie efektu finalnego.

     

    Całe szczęście, że w zagranicznych klubach myśli się inaczej. Wiadomo: nie we wszystkich, natomiast FC Barcelona powinna być przykładem.

     

    Xavi był (jest) legendą tego klubu. To jeden z najlepszych środkowych pomocników w historii piłki nożnej, ale jako trener – mówiąc delikatnie – nie porwał tłumów. Jego zwolnienie było wyczekiwane. Kibice byli nim po prostu zmęczeni.

     

    Na to wszystko wszedł Flick i po prostu pozamiatał. Barca w krótkim czasie przeszła niesamowitą metamorfozę, a wystarczy wejść w sekcję komentarzy pod jakimkolwiek artykułem z oficjalną informacją o zatrudnieniu Flicka.

     

    Tam nie było euforii. Kibice podchodzili sceptycznie do tematu, ale też cieszyli się, że w końcu do klubu trafił ktoś z zewnątrz, kto sprawi, że – tu cytat – “te wszystkie de Jongi zaczną biegać”.

     

    No i zaczęły. Flick już zdobył Superpuchar Hiszpanii, w lidze jest na pierwszym miejscu, w finale Pucharu Króla zagra z Realem Madryt, a na półmetku ćwierćfinału Ligi Mistrzów prowadzi z Borussiią 4:0.

     

    Drużyna gra ofensywnie, z polotem. Dalej ważne jest utrzymywanie się przy piłce, natomiast nie za wszelką cenę. Jeśli jest szansa wyjść z szybką akcją, to tak się dzieje. Jedno podanie, drugie, wszystko do przodu. Bez zbędnego klepania. “Futbol na tak” – jak mawiał Jerzy Engel. I coś takiego podoba się kibicom. Raczej mało prawdopodobne, by w środę ktokolwiek wychodził z Montjuïc rozczarowany.

  • Kamera nagrała Szczęsnego i ter Stegena

    Kamera nagrała Szczęsnego i ter Stegena

    Kamera nagrała Szczęsnego i ter Stegena

    Niektórzy obawiają się, jaka będzie atmosfera w Barcelonie, gdy Wojciech Szczęsny i Marc Andre ter Stegen zaczną rywalizować o miejsce w bramce. Na razie obawy są jednak przedwczesne, o czym świadczy nagranie po meczu z Borussią.

     

    Wojciech Szczęsny, który za kilka dni skończy 35 lat, kontynuuje swoją imponującą serię meczów bez porażki.

     

    Po zwycięstwie nad Borussią Dortmund (4:0) w pierwszym ćwierćfinale Ligi Mistrzów jego bilans to 21 spotkań bez przegranej. Z nim w bramce, Barcelona odniosła 18 zwycięstw i 3 remisy, a w 11 meczach zachowała czyste konto.

     

    Po meczu z Borussią, który przybliżył Barcelonę do półfinału, Szczęsny otrzymał serdeczne gratulacje i uścisk od Marca Andre ter Stegena.

     

    “To dowód na ich dobrą relację, mimo spekulacji, kto powinien być pierwszym bramkarzem po powrocie Niemca do zdrowia” – podkreślili dziennikarze “Mundo Deportivo”.

     

    Ich przyjaźń – jak dodają Hiszpanie – jest widoczna od momentu, gdy Szczęsny dołączył do Barcelony w październiku ubiegłego roku, zastępując kontuzjowanego Ter Stegena.

     

    Niemiec powitał go wtedy serdecznym przesłaniem, ułatwiając jego aklimatyzację w zespole. Szczęsny podkreślał natomiast: “Jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi. Mam nadzieję, że wróci do gry jak najszybciej”.

     

    Niemiec wznowił już treningi. Według hiszpańskich mediów w tym sezonie Ligi Mistrzów najprawdopodobniej nie zagra, ale realny jest scenariusz, że dostanie szansę od Flicka w jednym z ostatnich meczów sezonu Barcelony w La Lidze.